czwartek, 26 marca 2020

Brandon Sanderson, Studnia Wstąpienia

Jakiś czas temu, recenzowałem tutaj Z mgły Zrodzonego, pierwszą część Ostatniego Imperium, dość znanego cyklu, autostwa pana Brandona Sandersona.
Nie było to coś, co mnie powaliło na kolana, ale doceniłem tę książkę. Ma nieco istotnych mankamentów, jednakże czyta się nieźle, zaś konstrukcja świata, zwłaszcza pomysłowy system magii naprawdę zrobiła na mnie niemałe wrażenie.
Dlatego, nie paliło mi się, ale przy okazji, sięgnąłem po kolejny tom.
Zatem, zapraszam do lektury. Tradycyjnie, będę się starał nie zdradzać fabuły poprzedniego tomu, ale jeśli ktoś się boi, że sobie zepsuje przyjemność z czytania, to niech lepiej najpierw przeczyta poprzednią notkę/samą książkę. Powiem tylko tyle, że Amerykanin w tej części również nie zawiódł i można czytać, jak się pierwsza podobała.

Po tym ostrzeżeniu, mogę już chyba napisać coś szerzej.
Zacznijmy może od tego, że nie paliło mi się sięgnąć do kolejnej książki, przede wszystkim z jednego powodu - Z mgły Zrodzony kończy się tak, że w zasadzie mogłaby to być samostojka.
Jest co prawda kilka wątków, które można by rozwinąć i chętnie by się zobaczyło kontynuację, ale większość książki naprawdę można byłoby już zamknąć.

Dlatego, byłem ciekaw, co w zasadzie znajdziemy w tej Studni Wstąpienia.
Tutaj małe przypomnienie, jak w zasadzie wygląda ten świat (jak ktoś nie pamięta, to w poprzedniej notce jest więcej). Otóż, akcja toczy się w Ostatnim Imperium, rządzonym przez Ostatniego Imperatora. Tenże Imperator, trzyma kraj iście żelazną ręką. Zaś świat jest dość ponury, ponieważ góry nieustannie wyrzucają pył, który wisi w powietrzu, sprawia, że Słońce jest czerwone, a rośliny brązowe.
Tutaj, uwaga, będzie spoiler.
W poprzednim tomie, udało się coś, co wydawało się niemożliwe. Była ulicznica, Vin, potężna Zrodzona z Mgły, zabiła Ostatniego Imperatora. Wobec tego, oczywiście rozpętał się chaos. W każdym rejonie byłego Imperium, powstają dawni wielmoże, którzy pragną wykroić coś dla siebie.
Natomiast w stolicy, rządzi Elend Venture. Człowiek, którego Vin pokochała i który teraz, od filozofowania na temat władzy, musi przejść do wprowadzania idei w życie.
Delikatnie rzecz ujmując, idzie mu różnie. Spotyka się z oporem zarówno wewnętrznym, jak i zewnętrznym, do utrzymania się na tronie, potrzebuje zarówno wsparcia Vin, jak i całego dawnego zespołu Kelsiera.

Na dodatek, zdaje się, że słowa Ostatniego Imperatora, który ostrzegał, że bronił tego świata przed znacznie większym zagrożeniem, wcale nie były wymysłem.

Cóż, jak widzimy w kolejnej części Ostatniego Imperium dzieje się niemało. Mamy zarówno politykę, jak i magię. Mnie szczególnie interesowały te wątki magiczne, próby dowiedzenia się, przed czym w zasadzie mógł ostrzegać Ostatni Imperator, próby dotarcia do dziejów przed Wstąpieniem i tak dalej. Taki fajny, szpiegowsko-detektywistyczny wątek.
Podobał mi się też polityczny. Moim zdaniem, jest ciekawie napisany,  dość dobrze ukazuje też różnicę między wyobrażeniami na temat rządzenia, a realiami. Parę osób na to narzekało - cóż, ja nie odczułem, ale też polityką się interesuje stąd może taka była przyczyna.

Natomiast, co do bohaterów, podoba mi się ich rozwój. Vin, która w poprzedniej części, wielokrotnie nie była pewna, kim w zasadzie jest i co ma robić, nabiera pewności siebie. Przede wszystkim, jako Zrodzona z Mgły, teraz posługuje się tymi umiejętnościami naprawdę zręcznie.
Przeżywa też rozterki, odnośnie tego, kim jest. Zwłaszcza, na tle związku z Elendem Venture.

Co do samego Elenda, ten również dojrzewa. Z nieco zblazowanego, chociaż szlachetnego arystokraty-filozofa, musi przedzierżgnąć się przywódcę. Nie przychodzi mu to łatwo, przeżywa wiele rozterek, ale stara się. Nie sposób tego faceta nie polubić.

Reszta kompanii Kelsiera, pozostaje sobą. Niektórzy się rozwijają, poznajemy ich dość nieoczywiste oblicza, ale pozostają sobą. I bardzo dobrze, bo polubiłem tę gromadę.

Nie polubiłem wielu możnych, z którymi musiał się układać Elend. Nie da się jednak powiedzieć, że są jednoznacznie źli - ot, próbują możliwie dużo ugrać, a przede wszystkim przetrwać w tym chaosie, jaki rozpętał się po śmierci Ostatniego Imperatora.

Oczywiście, mam też zastrzeżenia, jak poprzednio - podtrzymuję swoją tezę, że Amerykanin, nie jest jakimś mistrzem, jeśli chodzi o budowanie bohaterów. Idzie mu to jednak na tyle przyzwoicie, że i tak czyta się całkiem przyjemnie.

Najbardziej jednak zaskakują zwroty fabularne. Szczególnie finał książki - dostajemy rozwiązanie wielu zagadek, a na sam koniec, coś naprawdę zaskakującego. Nie tego się spodziewałem, ale dobrze - widać,  że mości Sandersonowi nie brakuje pomysłów.

Bez większych wahań, daję ocenę: 8/10.

3 komentarze:

  1. A jeszcze raz zacytuję fragment mojego posta z Katedry:

    >- Niewiarygodne elementy fabuły.

    Dla przykładu - Studnia Wstąpienia, 3 armie oblegają miasto, ich dowódcy ani nie współpracują, ani nie wojują, ani nawet za bardzo nie negocjują. Dla mnie to mało prawdopodobne.

    Ta sama książka - obleganemu miastu grozi rzeź (kolossy), obrońców niewielu, a mieszczan masa. I nikt nie wpada na pomysł wykorzystania mieszkańców miasta w obronie. Przecież w czasach miecza i łuku powszechnie obrona opierała się właśnie na mieszczanach - zrzucać kamienie, czy wylać wiadro ze smołą, to nie jest tak wielka sztuka, żeby potrzebni byli komandosi<.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W sumie prawda. Może to dopisze. Mnie drażniła jeszcze jedna rzecz, której wprost nie napisałem - ta cholerna naiwność młodego Venture. Przecież był ogrywany tak bardzo, że to zakrawa na jakiś cud, że nie stracił głowy (ja wiem, Vin pomogła, ale bez przesady, nie siedziała przy nim cały czas).

      Usuń
    2. Mi najbardziej się podobało rozwinięcie tego wątku z tytułową Studnią i oczywiście, jak poprzednio, pomysły na działanie magii, czy sam świat. Na tyle nieoczywiste rozwiązania i ciekawy świat, że łatwiej mi przymknąć oko na takie rzeczy.

      Usuń