Pana Stevena Eriksona poznałem jakiś czas temu, jako całkiem niezłego autora fantasy. Przeczytałem tylko część pierwszą Malazańskiej Księgi Poległych (Ogrody Księżyca) i chociaż zachwycony nie byłem, to nie byłem też zły, że w ogóle po to sięgnąłem.
Tragedia to nie była, mimo, że daleko mi do zachwytów, jakie niektórzy wznoszą nad jego twórczością.
Wrażenia były jednak całkiem pozytywne, a słyszałem, że po pierwszym, nad wyraz chaotycznym tomie tej sagi, jest lepiej. Kiedyś (mam nadzieję, że w tym roku) nadrobię.
Dlatego, gdy zobaczyłem, że ten kanadyjski autor, napisał powieść science-fiction, opowiadającą o pierwszym kontakcie, od razu chciałem to dorwać. Byłem bardzo ciekaw, jak ten całkiem dobry autor fantasy, poradzi sobie w konwencji fantastyki naukowej.
Niestety, muszę powiedzieć, że Cenie Szczęścia, uwidaczniają się największe wady, które tak psuły mi przyjemność, płynącą z lektury Ogrodów Księżyca. Poza tym doszły dodatkowe zgrzyty - ten pan ewidentnie średnio sobie radzi ze science-fiction.
Tyle słowem wstępu, teraz chciałbym przedstawić szerzej, co dokładnie mi tam nie podeszło.
