czwartek, 16 maja 2019

Ed McDonald, Czarnoskrzydły - Księga I, Znak kruka

Rzadko mam taki problem z oceną danej książki. W tym wypadku jest iście
paskudny - z jednej strony jestem pod pewnym wrażeniem, z drugiej strony, czuję pewien niesmak. Zatem po kolei.
Na książkę pana Edwarda McDonalda trafiłem w dużej mierze dzięki Pawłowi z Seczytam. Co prawda, migała mi ona już gdzieś wcześniej, ale raczej bym jej nie zgarnął, gdyby nie zachęty od Pawła.
Nawiasem mówiąc, wiem, że autor zarówno przedstawia się jak i podpisuje na okładce jako "Ed", ale strasznie nie lubię stosowania takich skrótów w oficjalnym obiegu. Jakoś mi ten "Ed" nie chce przejść przez klawiaturę :P. Strzelam, że autor nie chce być kojarzony ze Zmierzchem.

Zatem, przejdźmy do tego, o czym w zasadzie książka jest, bym mógł porządnie wyjaśnić, co mi w niej nie odpowiada.

wtorek, 14 maja 2019

Sir Walter Scott, The Lady of the Lake - Czytamy klasykę #1

Loch Lomond (ten sam rejon i klimat, co Loch Katrine)
W ramach powrotu, wrzucam kolejny post, mianowicie swoje wrażenia po pierwszej części z wyzwania czytelniczego.
Tę książkę momentami czytało mi się naprawdę ciężko i długo. Mimo wszystko, uważam, że było warto.
Już jakiś czas temu wspominałem, że chciałbym zapoznać się więcej z twórczością sir Waltera Scotta, po wyjątkowo dobrych doświadczeniach z powieścią Ivanhoe.
Zatem, gdy Kirima z Misieczytaniepodoba, ogłosiła wyzwanie czytelnicze "czytamy klasykę", to uznałem, że jest to doskonała okazja, do przeczytania którejś z jego książek.
Wybrałem wariant "klasyk - dwa miesiące". Jak każdy chyba wie, teraz jest maj, więc nieco dawno. Tym niemniej, spełniłem warunki, przeczytałem wybrane książki kiedy trzeba. Tylko wpisów stosownych zabrakło, z racji tego, że na jakiś czas, to w ogóle wpisów zabrakło. Zatem, stwierdziłem, że czas to zaniedbanie nadrobić i wrzucam pierwszą część z wyzwania czytelniczego.
Dobrze, koniec mojego smęcenia, przybliżę dlaczego tak ciężko szło mi czytanie tego wybranego dzieła.

poniedziałek, 13 maja 2019

Brandon Sanderson, Z mgły zrodzony

Nieco mnie tutaj nie było. Ostatnio miałem nieco ciężko. W sumie to nadal mam, ale
uznałem, że bloga muszę wskrzesić - trzeba się jakoś bardziej konstruktywnie, nie licząc czytania, oderwać od chwilami paskudnej rzeczywistości. Ostatnio zresztą nieco podładowałem baterie, także, miejmy nadzieję, będzie lepiej.
Także wracam - mam kilka recenzji do wrzucenia po doszlifowaniu. Poza tym, parę tekstów o nieco innej, niż książkowa tematyce :P.
Miałem problem, którą notkę wrzucić najpierw. Po pewnym namyśle, postanowiłem, że może zacznę od streszczenia moich wrażeń po lekturze książki Brandona Sandersona, Z mgły zrodzony.
Tak tylko wyjaśnię, że jest to moje pierwsze poważniejsze zetknięcie z prozą tego pana. Co prawda, wcześniej czytałem kontynuację Koła Czasu Roberta Jordana, napisaną właśnie przez Sandersona, ale jednak, to nie to samo, co czytanie własnego utworu danego pisarza.
Kiedyś czytałem również Elantris, ale z pewnych względów nie dokończyłem. Także, również nie do końca się liczy :P.
Dlatego byłem bardzo ciekaw, czego się spodziewać po tym opasłym tomiszczu, na dodatek będącym zaledwie pierwszym tomem sześciotomowego cyklu (na razie, w planach rozwinięcie).

piątek, 22 lutego 2019

Aleksandra Janusz, Dom Wschodzącego Słońca

Rzadko miewam tak, że jak coś przeczytam, to od razu chcę tutaj o tym pisać.
Nawet dobre książki, zazwyczaj muszą sobie chwilę na to poczekać. Są jednak takie tytuły, przy których zdecydowanie nie chce mi się zwlekać. Dzisiaj właśnie o czymś takim.
Dom Wschodzącego Słońca, to książka autorstwa pani Aleksandry Janusz, polskiej pisarki, zawodowo zajmującej się biologią molekularną. Przyznam, że bardzo długo mi ta postać jakoś umykała. Zapewne jeszcze długo ten stan nieświadomości byłby kontynuowany, gdyby nie Moreni, która to właśnie poleciła mi twórczość tej pani.
 Zaciekawiłem się, znalazłem trochę informacji o autorce (nie mogłem się nie uśmiechnąć, widząc, że zajmuje się biologią), dlatego przy pierwszej okazji, kupiłem tę książkę. Zwłaszcza, że kojarzy mi się dobrze, zazwyczaj książki wydane przez ś.p. Runę, mogą się poszczycić całkiem niezłym poziomem.
Tyle słowem wstępu, przejdźmy może do samej książki.

środa, 13 lutego 2019

10 książek science-fiction, które NIE są na bakier z nauką

Może ja jestem dziwny, ale zawsze mnie denerwowało, gdy książka, która mieni
się science-fiction, ze swoim pierwszym członem, ma niewiele wspólnego.
Oczywiście, ktoś tutaj mógłby powiedzieć, że zaraz, przecież mowa, jakby nie patrzeć, o literaturze pięknej. Artyście wolno więcej, niż naukowcowi i tak dalej.
Zgoda. W końcu nawet lubię Gwiezdne Wojny (spuśćmy zasłonę milczenia na ostatnią część), mimo, że są pełne rażących błędów. Planety wybuchające z hukiem w kosmosie, Han Solo, który liczy czas w parsekach, czy statki latające w kosmosie cały czas z włączonym silnikiem, to tylko czubek góry lodowej. A mimo to te filmy (no dobra, większość) bronią się, bo historia jest fajna.
Tym niemniej, cenię bardzo, jak autor, który pisze coś, co określa jako science-fiction, nie pisze bzdur. A przynajmniej się stara. Oczywiście też, trzyma się jakiejś wewnętrznej logiki w tym stworzonym świecie i te odstępstwa od praw natury jakoś tam uzasadnia, ale to chyba oczywiste.
Dlatego każdego, kto ceni sobie rzetelność w tego rodzaju książkach, zapraszam do lektury tego zestawienia.
Kolejność jest całkowicie przypadkowa. Książki oczywiście nie oceniam równo, ale wyjaśnię zawsze przy konkretnej pozycji dlaczego, tak, nie inaczej.

Patricia Anne McKillip. Zapomniane bestie z Eldu

Nie wiem, czemu tak długo nie czytałem tej książki, bo po raz pierwszy
usłyszałem o niej już dość dawno temu (chyba wczesne lata dwutysięczne). W każdym razie, gdy w końcu trafiłem na nią w dobrej cenie, to zgarnąłem.
Książka Zapomniane bestie z Eldu, Patricii McKillip była częścią serii Andrzej Sapkowski Przedstawia. Serii dosyć nierównej, ale były tam też takie perełki jak ta.
Pan Andrzej uznał zresztą tę książkę za tak wartościową, że dołączyła do jego kanonu fantasy. Sam chciałbym ten kanon poznać w całości, dlatego tym bardziej sięgnąłem. Po lekturze, pora na podzielenie się paroma wrażeniami.

Cóż, przede wszystkim, ta książka ma w sobie coś z takiego nieco baśniowego klimatu. Szczególnie widać go na początku, jak również na końcu. Jednak, w pewnym stopniu utrzymuje się on podczas trwania całej historii.

piątek, 8 lutego 2019

Arcybiskup i turbolechici

Nie sądziłem, że cokolwiek tutaj napiszę o turbolechitach. Przede wszystkim dlatego, że chociaż posiadam odpowiednią wiedzę, by krytykować tych oszołomów (czasem naprawdę wystarczy taka na poziomie wyedukowanego licealisty), to jednak są inni, którzy na pewno robią to o wiele lepiej (jak Paweł z Se czytam, na przykład). Trafiłem jednak na taki absurd, że muszę. Inaczej się uduszę :D.

Zacznijmy może od początku. Mój kolega, bardzo gorliwy katolik, naprawdę zachwalał książkę arcybiskupa Jana Pawła Lengi. Zaciekawił mnie tym na tyle, że poszukałem nieco informacji o tym księdzu i samej książce. Zatem, do rzeczy.

Ten hierarcha, przez trzydzieści lat, pracował w Kazachstanie i jest uznawany za bardzo zasłużonego dla Kościoła w Azji Środkowej. Dopiero jakoś w 2011 roku, przeszedł na emeryturę. Wówczas zamieszkał w Domu Księży Marianów w Licheniu.

Tyle na temat samego biskupa, jak ktoś ciekaw, to może sobie poszukać czegoś więcej. Jednak, podczas szukania informacji odnośnie publikacji tego biskupa natrafiłem na... Ale o tym może na końcu. Bo kluczowy tutaj jest fakt, że publikacja tego hierarchy zaciekawiła mnie na tyle, że nawet ją przeczytałem.
Wobec tego, na początku, chciałbym się podzielić paroma wrażeniami na temat tejże książki. Zaprawdę powiadam wam, są iście nieziemskie :P.