sobota, 15 grudnia 2018

John Ringo, Tam będą smoki

Ostatnio byłem w pewnej księgarni, gdzie były spore przeceny. Mój portfel i
kręgosłup nieco ucierpiały. W następnym raporcie wspomnę, co tam dokładnie znalazłem, ale na razie, chciałbym się podzielić jednym kwiatkiem którego tam znalazłem.
Mowa rzecz jasna o książce Johna Ringo, Tam będą smoki. Czyta się szybko, zdołałem w dwa popołudnia, akurat potrzebowałem przerwy na coś lekkiego (Podziemne życie jeszcze chwilę poczeka, ale jeszcze przed świętami, mam nadzieję, notka będzie).
Pierwszą rzeczą, na którą zwróciłem uwagę w księgarni jest obrzydliwa okładka, w stylu lat 90tych, w najgorszym tego słowa znaczeniu. Chociaż, trzeba rysownikowi przyznać jedną rzecz -  wiedział przynajmniej, jak kobiece ciało wygląda. Postać na okładce, wygląda jak ładna, proporcjonalnie zbudowana kobieta. Nie ma piersi wielkości głowy innych cech, pojawiających się na tego rodzaju rysunkach.
Poza tym, lata 90te jednak dobrze się kojarzą, pod pewnymi względami, także ta paskudna okładka budzi pewną nostalgię.
Kolejną cechą, którą skojarzyłem, był jej autor. Nazwisko Johna Ringo, już mi się obiło o uszy. Pracował z Davidem Weberem, a to już dobra rekomendacja.
Dodatkowo książka kosztowała tyle, co dwa Książęce ciemne - a aż tak wiele nie pije, by jednak nie wybrać książki. Zatem, zaryzykowałem i kupiłem.

W pajęczej sieci - kreacjonistyczna głupota #3

Wiecie, nieraz sobie powtarzam aby nie zerkać na strony oszołomów i z nimi nie
dyskutować. Słabych nerwów jestem, także bardzo ciężko mi powstrzymać od wytknięcia i skomentowania ewidentnych bredni. A dyskusja z oszołomem jest naprawdę ciężka. Bardzo podziwiam różnicę między ich możliwościami intelektualnymi, a własnym ego. Naprawdę, jeśli nie mam w jakimś temacie, chociażby podstawowej wiedzy, nie wypowiadam się. A jak już to robię ani mi w głowie pouczać specjalistów (ktoś mi tu zaraz wytknie, że wielki autorytet też może się mylić  - ale w takim przypadku, moje uwagi też są obwarowane pewnymi zastrzeżeniami i oparte na wiedzy mądrzejszych ode mnie w danym temacie).
Poza tym, jestem oczywiście wielkim fanem nauki wszelakiej - na niektórych jej dziedzinach po prostu znam się bardziej. Dlatego wszelakie dzbany spod znaku kreacjonizmu, medycyny "alternatywnej", czy kwantowego uzdrawiania, wywołują u mnie istne wrzenie.
Tym razem natrafiłem na idiotyzm, znacznie groźniejszy, niż ten dzban, którego opisywałem w poprzednim poście o kreacjonistach, który to nieopatrznie wkroczył na teren nauk fizycznych. Mam takich "dyskusji" trochę za sobą, ten po prostu już wyjątkowo się podłożył.
Istnieje jednak, znacznie gorszy rodzaj bredzicieli. Posługują się nawet publikacjami naukowymi, ale wybiórczo, wyrywają cytaty z kontekstu i tak dalej. W skrócie, fałszują nasz obraz rzeczywistości znacznie bardziej podstępnie, niż takie "szeregowe" oszołomy. Zatem, dziś przyjrzyjmy się przykładowi takiego właśnie tekstu.

sobota, 8 grudnia 2018

Raport książkowy #1

Minęło już trochę czasu od założenia tego bloga, więc nadszedł w końcu czas na raport ;). Nazbierało się tego całkiem sporo, toteż wrzucam teraz, bo przez grudzień pewnie jeszcze przybędzie.
Z góry uprzedzam, że nie będzie jakiegoś szczególnego porządku. Po prostu, gdy uznam, że czas podsumować, co przybyło takie podsumowanie zrobię i tyle. Dlatego, ten raport obejmuje listopad i październik i zahacza o wrzesień. Parę rzeczy w grudniu już doszło, toteż poczeka do następnego. Też będzie co zademonstrować.
Dobrze, po krótkim wprowadzeniu, czas na przedstawienie, co też właściwie udało mi się pozyskać.

Nie wiem, o czym mówię, ale i tak się wypowiem, czyli o kreacjonistycznym zidioceniu raz jeszcze

Jakiś czas temu napisałem tutaj odpowiedź na 15 pytań do zwolenników teorii
Podsumowanie mojej reakcji
ewolucji, czyli tekst, który wymieniają ze sobą kreacjoniści z całego świata, próbując "zaginać" ludzi, kierujących się nauką. Oczywiście, nie są to jakieś trudne pytania, za to pełne ignorancji i zwyczajnych kłamstw.
Ta wersja, którą znalazłem była jednak wzbogacona przez polskich dzbanów (oryginalną wysmażyli Amerykanie). Popisali się tam wyjątkową ignorancją w zakresie biologii.
Zresztą, nie tylko ją, owi geniusze godni Orderu Kartoflanego Łba, rzecz jasna podważyli tam również teorię Wielkiego Wybuchu, czy inne podstawy współczesnej nauki. W końcu jak jesteś oszołomem, który twierdzi, że Ziemia powstała w czasach udomowienia psa, musisz negować nie tylko osiągnięcia Darwina, czy Lyella, ale i Hubble'a.

czwartek, 6 grudnia 2018

Mój dzień w książkach

Na blogu Kasi z Kącika z książką, zobaczyłem następującą zabawę, dość starą, sam pamiętam, z czasów, gdy sam tylko biernie czytywałem polską blogosferę. Jak widać, ponownie odżyła. Zazwyczaj nie chce mi się brać w czymś takim udziału, ale to jest na tyle zabawne, że w zasadzie, uznałem, że czemu nie.
Źródło

Sprawa jest prosta, należy uzupełnić poniższą historię, tytułami przeczytanych w tym roku książek.

Mercedes Lackey, Wiatr Przeznaczenia

Czasem bywa tak, że całkiem przypadkiem, trafiamy na coś, czym jesteśmy szczerze zachwyceni. Tym razem właśnie o takim przypadku.
Wśród młodszych czytelników, z pewnością nie jest zbyt popularna pewna
amerykańska pisarka, Mercedes Lackey. W zasadzie, nic dziwnego. Jej książki wydawał Zysk i S-ka w latach 90tych, a od tego czasu, wznowień nie było. A szkoda, bo ta pani, naprawdę dobrze pisze.
Czerpie zresztą z najlepszych wzorców. Mianowicie jak sama przyznała, od dawna inspiracją była dla niej Andre Norton, mistrzyni czarownic oraz Marion Zimmer Bradley, której chyba przedstawiać nie trzeba.
Na jej książkę (całkiem własną), trafiłem przypadkiem. Szukałem czegoś na Allegro i zetknąłem, co też tam jeszcze mają. Przyznaję, że mocno wtedy popłynąłem (o czym jeszcze będzie w raporcie książkowym). W każdym razie, wśród oferowanych pozycji, zobaczyłem tę jedną tej autorki - Wiatr Przeznaczenia.
Nazwisko wydawało mi się znajome, po chwili przypomniałem sobie skąd. To właśnie Mercedes Lackey , jako trzecia, była autorką świetnej powieści, w Polsce niestety nie wydanej, mianowicie Tiger Burning Bright. Książka naprawdę dobra i mam nadzieję, że do końca grudnia, wrzucę tu recenzję.W każdym razie, już wiedziałem, że autorka dobra. Po szybkich poszukiwaniach, odkryłem, że to pierwszy tom trzyczęściowej serii, więc kupiłem.
I nie żałuję. Ta książka jest warta znacznie więcej, niż zapłaciłem. Jednak, po kolei.

poniedziałek, 3 grudnia 2018

Zaskakująco przyjemna klasyka angielska po angielsku (bardzo subiektywnie)

Szczerze mówiąc, nie darzę jakąś zbytnią atencją tak zwanej "klasyki literatury".
Moim zdaniem, to często sztucznie nadmuchane, denne książki, śmiertelnie nudne, które do życia nie wnoszą absolutnie nic - ani wiedzy, ani jakiegoś nowego spojrzenia na jakiś aspekt świata, ani nawet przyjemności cieszenia się z dobrej historii. Jedynie nudę i zgrzytanie zębami, zwłaszcza, jeżeli taki "uświęcony gniot", akurat musi zostać przeczytany.
Szczególnie nienawidzę romantyzmu w wydaniu polskim - przede wszystkim za gloryfikowanie głupoty i bezmyślności, pokazywanie tego, jako czegoś pozytywnego. Już nie mówiąc o treści - dno, zniechęcające do czytania czegokolwiek. Takie śmieci jak Dziady, wypchane bezsensownym bełkotem, z chęcią bym wywalił z kanonu lektur.
Jednakże, jest też rzeczywiście fajna klasyka, w której faktycznie ten tytuł się należy. Jakiś czas temu, Katrina z Drewnianego Mostu, opublikowała notkę, gdzie oceniała Dumę i Uprzedzenie, Jane Austen. Tak, czytałem to i mogę rzeczywiście powiedzieć, że było zaskakująco dobre.
Skłoniła mnie ona, w ogóle do przemyśleń na temat klasyki, którą rzeczywiście warto przeczytać. Postanowiłem wrzucić krótki wpis, gdzie wrzuciłbym takie mniej znane w Polsce, perełki literatury angielskiej, które czytało się całkiem nieźle. Nieraz także wtedy, gdy raczej tego nie przypuszczałem i zaczynałem lekturę z lekką obawą. Czasem dyskusyjne jest, czy to faktycznie klasyka literatury - wówczas zastrzegam, że to tylko bardzo subiektywna opinia :P.
Wszystkie poniższe książki, przeczytałem w oryginale i generalnie, ta notka ma do tego również zachęcać. Nie jest to żaden snobizm, po prostu uważam, że zwłaszcza takie dzieła, wiele zyskują, gdy sięgniemy do oryginału. Zatem, zapraszam do lektury.