niedziela, 29 marca 2020

Raport książkowy #6 (Styczeń-Luty)


Nie chciało mi się tego robić. Także dlatego, że jak mi się zdawało, nie za bardzo jest o czym pisać. Potem jednak sprawdziłem i wyszło, że w sumie coś tam się przez te dwa miesiące nazbierało. Zatem, może i warto przedstawić nowe zbiory, może kogoś nakłonię do zakupów.
Tym razem, nie chciało mi się jakoś specjalnie grupować nowych nabytków - po lewej jest fantastyka, po prawej cała reszta.

piątek, 27 marca 2020

Michał Heller, Jedna chwila w dziejach wszechświata. Lemaitre i jego Kosmos.

Muszę się przyznać -  nie czytałem jak dotąd żadnej książki ks. profesora Michała Hellera. Oczywiście, zdawałem sobie sprawę z jego dorobku. Nie można mówić, by ten człowiek nie znał się na fizyce. Jednak, jakoś mnie ciągnęło, by sięgnąć po jego książki przeznaczone dla szerokiej publiczności.

Przyczyn było kilka. Przede wszystkim, przeczytałem trochę artykułów jego autorstwa. Były w porządku, ale nieraz mi przeszkadzało zbyt dużo wciśniętej w nie filozofii. Nie jakoś strasznie, zważywszy, że prof. Heller jednak całkiem fajnie przedstawia zarówno nasz stan wiedzy na temat fizyki (w szczególności kosmologii, którą się zajmuje) jak i jej rozwój w czasie. Tym niemniej, nieco obawiałem się, że jego dzieła w dłuższej formie, będzie się czytało gorzej.
Poza tym, czasami irytowało mnie robienie z niego takie (nomen omen) Bóg wie kogo. Oczywiście, jak mówiłem zna się na tym, o czym pisuje. Jednak, jest też księdzem katolickim i w związku z tym, nieraz jakieś katolickie media, pisały o nim nader czołobitnie (zwłaszcza, kiedy otrzymał Nagrodę Templetona). Ogłaszano go niemal nowym Einsteinem. A z całym szacunkiem, jednak Hellerowi do Einsteina daleko. Mam wrażenie, że samemu zainteresowanemu, raczej niezbyt się podobało takie przedstawianie jego osoby, ale pewien niesmak pozostał. Zatem, dość długo niczego jego autorstwa nie czytałem, zwłaszcza, że sporo ciekawych pozycji o tej tematyce od innych autorów wpadało mi w łapska.

W końcu jednak, przyszedł taki czas, że zobaczyłem w udostępnionych przez kolegę nowościach, tę oto książkę - Lemaitre i jego Kosmos.
Sam darzę wielkim szacunkiem Georges Lemaitre'a, więc uznałem, że bardzo chętnie dowiem się czegoś więcej o tej postaci.

Clive Cussler, Cerber

Ta recenzja jest wynikiem wpisu Pawła, gdzie opisywał ze trzy tomy wielkiej serii
niejakiego Lee Childa. Kojarzyłem tego dżentelmena, ale na szczęście nie sięgnąłem po jakichś wytwór jego autorstwa. Paweł chyba słusznie podsumował ten typ literatury, jako harlequiny dla facetów.
Mi się wtedy przypomniały powieści niejakiego, od niedawna śp. Clive'a Cusslera. Przyznam szczerze, że przeczytałem ich trochę. Jak mi się wydaje, to nieco wyższy poziom, niż wspomniany Child, bo chociaż typ literatury podobny, to pomysły zdają się ciekawsze.

Ta książka, stanowi moją ulubioną z tych, co przeczytałem (bo pojawiają się wikingowie), zatem wybrałem właśnie ją. Przy tym, zabawna rzecz - dopiero teraz odkryłem, że to osiemnasty tom całej serii. Pewne znaczenie to ma, bo jednak są nawiązania do wydarzeń, które rozgrywały się w poprzednich tomach. Tym niemniej, nie trzeba się tym przejmować, da się czytać od środka ;). Każda książka z tej serii, którą wypuścił Cussler, jest pisana na jedno kopyto, tylko sztafaż się zmienia.

Cykl nazywa się Przygody Dirka Pitta. Tenże Dirk Pitt jest oczywiście głównym bohaterem wszystkich tych książek. Później, co prawda, ustępuje pola swojemu potomstwu, odgrywając bardziej rolę mentora. Jednakże, przez w większości tych powieści gra pierwsze skrzypce.

czwartek, 26 marca 2020

Brandon Sanderson, Studnia Wstąpienia

Jakiś czas temu, recenzowałem tutaj Z mgły Zrodzonego, pierwszą część Ostatniego Imperium, dość znanego cyklu, autostwa pana Brandona Sandersona.
Nie było to coś, co mnie powaliło na kolana, ale doceniłem tę książkę. Ma nieco istotnych mankamentów, jednakże czyta się nieźle, zaś konstrukcja świata, zwłaszcza pomysłowy system magii naprawdę zrobiła na mnie niemałe wrażenie.
Dlatego, nie paliło mi się, ale przy okazji, sięgnąłem po kolejny tom.
Zatem, zapraszam do lektury. Tradycyjnie, będę się starał nie zdradzać fabuły poprzedniego tomu, ale jeśli ktoś się boi, że sobie zepsuje przyjemność z czytania, to niech lepiej najpierw przeczyta poprzednią notkę/samą książkę. Powiem tylko tyle, że Amerykanin w tej części również nie zawiódł i można czytać, jak się pierwsza podobała.

Po tym ostrzeżeniu, mogę już chyba napisać coś szerzej.
Zacznijmy może od tego, że nie paliło mi się sięgnąć do kolejnej książki, przede wszystkim z jednego powodu - Z mgły Zrodzony kończy się tak, że w zasadzie mogłaby to być samostojka.
Jest co prawda kilka wątków, które można by rozwinąć i chętnie by się zobaczyło kontynuację, ale większość książki naprawdę można byłoby już zamknąć.

Jean Raspail, Sire

O poprzedniej książce pana Jeana Raspaila, już tutaj pisałem. Zachęcony dobrym wrażeniem, jakie zrobił na mnie Pierścień Rybaka, dość szybko postanowiłem sięgnąć po inną książkę tego autora, mianowicie Sire.
Tak jak poprzedni tytuł, ten też mówi wiele o temacie, którego będzie się tyczyć. Bo, może nie wszyscy pamiętają, ale per "Sire" zwracano się tylko do jednej osoby - króla (ewentualnie cesarza). I skojarzenie to jest słuszne, bo książka jest skupiona wokół tematyki króla Francji i monarchii ogólnie.

Tak jak w Pierścieniu Rybaka, mamy dwa równoległe wątki, które dość mocno się ze sobą splatają. Pierwszy, toczy się w XVIII wieku, podczas Terroru Rewolucji Francuskiej.
Przyznam, że to chyba najmocniejszy wątek w tej historii. Zdawałem sobie oczywiście sprawę, że Rewolucja to nie tylko Deklaracja Praw Człowieka, ale i grabież, terror, zniszczenie olbrzymiej części dziedzictwa całego kraju. Mimo to, momentami byłem zszokowany. Trzeba przyznać, że pan Jean Raspail ma wielki talent do plastycznego snucia opowieści. Na kartach tej książki, te okropne wydarzenia, po prostu odżywają na powrót. Czasem wręcz musiałem odłożyć książkę na bok, bo miałem chwilowo dość.

środa, 25 marca 2020

Patricia A, McKillip, Dziedziczka Morza i Ognia

Jak można się domyślić, nawet bez ich czytania, dość cenię sobie książki pani Patricii Anne McKillip - opisałem dwie. Zazwyczaj, jak dany autor mi nie podejdzie, to jednak nie kontynuuje z nim przygody ;).
Ta książka jest drugim trylogii Mistrz Zagadek. Także, jeżeli ktoś się obawia, że zdradzę jakieś szczegóły odnośnie fabuły (chociaż postaram się tego nie robić), to zapraszam do recenzji części pierwszej - Mistrza Zagadek z Hed. Na wstępie powiem jedynie, że ta książka jest jeszcze lepsza, niż poprzednia. Fabuła wypadła, co najmniej równie dobrze, jak w tomie pierwszym. Natomiast bohaterowie już na pewno.

Pokrótce przypomnę, co było w poprzedniej części. Morgon, stosunkowo młody dziedzic wyspy Hed (bagnista, smagana wiatrem wyspa - odnoszę wrażenie, że większe wygwizdowo, niż brytyjskie Orkady), z jakiegoś powodu, wpadł w wir wydarzeń, których nie za bardzo był w stanie pojąć. Nie do końca był w stanie ufać nawet własnym przyjaciołom, ponieważ ścigali go wrogowie, mogący przybrać każdą postać. Nie znał także odpowiedzi na wiele innych pytań.
W związku z tym, udał się w podróży do odległej góry Erlenstar, by tam szukać odpowiedzi u Najwyższego - pradawnego władcy całej tej krainy, któremu w pewnym sensie podlegają wszyscy inni ziemdziedzice.
Mistrz Zagadek z Hed, opowiadał właśnie o owej podróży Morgona, tytułowego Mistrza. Jak wspominałem poprzednio, zakończenie nie było wcale oczywiste.
Jak przedstawia się fabuła w tej części? Muszę powiedzieć, że jednak lepiej.

sobota, 21 marca 2020

G.G. Kay, Lwy Al-Rassanu

Już przy okazji recenzowania Ysabel, nie omieszkałem wspomnieć, że bardzo
cenię twórczość Guya Gavriela Kaya.
W zasadzie, muszę powiedzieć, że gdybym miał zrobić jakiś ranking żyjących pisarzy (tych mi znanych oczywiście), to właśnie pana Kaya postawiłbym na pierwszym miejscu. Tak, dobrze się zrozumieliśmy, pisarzy w ogóle, nie tylko twórców literatury fantastycznej.
Lektura już nieco wiekowych Lwów Al-Rassanu, tylko ten osąd potwierdziła. Dlatego, muszę lojalnie ostrzec, że nie będę zbyt obiektywny, bo do całej twórczości pana Kaya mam olbrzymi sentyment.

Zacznijmy może od tego, że opis na okładce wprowadza w błąd. Możliwe, że podszedłbym do tej książki z większymi podejrzeniami, gdyby nie autor, bo opis na okładce brzmi tak:
Akcja powieści rozgrywa się w realiach jedenastowiecznej Europy, w epoce u schyłku imperium muzułmańskiego.

Fikcyjny Al-Rassan to pełna uwodzicielskiego piękna kraina, targana przemocą i konfliktami. Pokój między chrześcijanami, muzułmanami i żydami jest trudno osiągalny i niepewny.
Opis jest nieco dłuższy, ale to już wystarczy, by się zastanowić. Z jednej strony, mamy "realia jedenastowiecznej Europy" z drugiej, "fikcyjny Al-Rassan". Co jest u licha, można zapytać. Mamy tam jeszcze jedno przekłamanie, ale o tym zaraz.