O twórczości Jacka Chalkera, słyszałem różne zdania. Najbardziej znany jest ze swojego cyklu o Studni. Mi jednak, trafiła się okazja, by przeczytać pierwszy tom jego innego cyklu - Tańczący Bogowie. Cóż, z całą pewnością sięgnę po resztę, co już chyba jest pewną opinią. Zatem, może pokrótce, czemu, moim skromnym zdaniem, warto po tego już nieco zapomnianego w Polsce pisarza sięgać.Zacznijmy może od fabuły owej książki. Otóż, mamy dwójkę głównych bohaterów. Mówiąc ściślej są to Amerykanie - Joe i Marge, których życie mocno przeorało. Nie są to zupełnie typowi mieszkańcy USA (zwłaszcza Marge, absolwentka literatury angielskiej i niespełniona intelektualistka). Joe jest po części Indianinem, przywiązanym do swojego dziedzictwa.
Przypadkiem podróżują razem przez Teksas. Nagle jednak, skręcają z autostrady i trafiają przed oblicze tajemniczego mężczyzny - Throckmortona Ruddygore. Tenże Ruddygore okazuje się być czarodziejem, który zamieszkuje świat równoległy do naszego. Ponieważ w swoim świecie poważny problem, liczy, że dwójka Amerykanów, po pewnym podszkoleniu, z powodu swojego obcego pochodzenia, pomoże mu w rozwiązaniu tej sprawy.
Nasi Amerykanie, oczywiście się zgadzają. Po przeprawie przez Morze Snów, trafiają do świata czarodzieja Ruddygore'a. Tam okazuje się, że Throckmorton ma problem z armią, dowodzoną przez człowieka, który ewidentnie dostaje wsparcie z Piekła. Marge i Joe, po przeszkoleniu przez najlepszych w swoim fachu, ruszają w misję, która ma pozbawić przeciwnika Throckmortona potężnej pomocy.