Jak można się domyślić, nawet bez ich czytania, dość cenię sobie książki pani Patricii Anne McKillip - opisałem dwie. Zazwyczaj, jak dany autor mi nie podejdzie, to jednak nie kontynuuje z nim przygody ;).
Ta książka jest drugim trylogii Mistrz Zagadek. Także, jeżeli ktoś się obawia, że zdradzę jakieś szczegóły odnośnie fabuły (chociaż postaram się tego nie robić), to zapraszam do recenzji części pierwszej - Mistrza Zagadek z Hed. Na wstępie powiem jedynie, że ta książka jest jeszcze lepsza, niż poprzednia. Fabuła wypadła, co najmniej równie dobrze, jak w tomie pierwszym. Natomiast bohaterowie już na pewno.
Pokrótce przypomnę, co było w poprzedniej części. Morgon, stosunkowo młody dziedzic wyspy Hed (bagnista, smagana wiatrem wyspa - odnoszę wrażenie, że większe wygwizdowo, niż brytyjskie Orkady), z jakiegoś powodu, wpadł w wir wydarzeń, których nie za bardzo był w stanie pojąć. Nie do końca był w stanie ufać nawet własnym przyjaciołom, ponieważ ścigali go wrogowie, mogący przybrać każdą postać. Nie znał także odpowiedzi na wiele innych pytań.
W związku z tym, udał się w podróży do odległej góry Erlenstar, by tam szukać odpowiedzi u Najwyższego - pradawnego władcy całej tej krainy, któremu w pewnym sensie podlegają wszyscy inni ziemdziedzice.
Mistrz Zagadek z Hed, opowiadał właśnie o owej podróży Morgona, tytułowego Mistrza. Jak wspominałem poprzednio, zakończenie nie było wcale oczywiste.
Jak przedstawia się fabuła w tej części? Muszę powiedzieć, że jednak lepiej.





