środa, 25 marca 2020

Patricia A, McKillip, Dziedziczka Morza i Ognia

Jak można się domyślić, nawet bez ich czytania, dość cenię sobie książki pani Patricii Anne McKillip - opisałem dwie. Zazwyczaj, jak dany autor mi nie podejdzie, to jednak nie kontynuuje z nim przygody ;).
Ta książka jest drugim trylogii Mistrz Zagadek. Także, jeżeli ktoś się obawia, że zdradzę jakieś szczegóły odnośnie fabuły (chociaż postaram się tego nie robić), to zapraszam do recenzji części pierwszej - Mistrza Zagadek z Hed. Na wstępie powiem jedynie, że ta książka jest jeszcze lepsza, niż poprzednia. Fabuła wypadła, co najmniej równie dobrze, jak w tomie pierwszym. Natomiast bohaterowie już na pewno.

Pokrótce przypomnę, co było w poprzedniej części. Morgon, stosunkowo młody dziedzic wyspy Hed (bagnista, smagana wiatrem wyspa - odnoszę wrażenie, że większe wygwizdowo, niż brytyjskie Orkady), z jakiegoś powodu, wpadł w wir wydarzeń, których nie za bardzo był w stanie pojąć. Nie do końca był w stanie ufać nawet własnym przyjaciołom, ponieważ ścigali go wrogowie, mogący przybrać każdą postać. Nie znał także odpowiedzi na wiele innych pytań.
W związku z tym, udał się w podróży do odległej góry Erlenstar, by tam szukać odpowiedzi u Najwyższego - pradawnego władcy całej tej krainy, któremu w pewnym sensie podlegają wszyscy inni ziemdziedzice.
Mistrz Zagadek z Hed, opowiadał właśnie o owej podróży Morgona, tytułowego Mistrza. Jak wspominałem poprzednio, zakończenie nie było wcale oczywiste.
Jak przedstawia się fabuła w tej części? Muszę powiedzieć, że jednak lepiej.

sobota, 21 marca 2020

G.G. Kay, Lwy Al-Rassanu

Już przy okazji recenzowania Ysabel, nie omieszkałem wspomnieć, że bardzo
cenię twórczość Guya Gavriela Kaya.
W zasadzie, muszę powiedzieć, że gdybym miał zrobić jakiś ranking żyjących pisarzy (tych mi znanych oczywiście), to właśnie pana Kaya postawiłbym na pierwszym miejscu. Tak, dobrze się zrozumieliśmy, pisarzy w ogóle, nie tylko twórców literatury fantastycznej.
Lektura już nieco wiekowych Lwów Al-Rassanu, tylko ten osąd potwierdziła. Dlatego, muszę lojalnie ostrzec, że nie będę zbyt obiektywny, bo do całej twórczości pana Kaya mam olbrzymi sentyment.

Zacznijmy może od tego, że opis na okładce wprowadza w błąd. Możliwe, że podszedłbym do tej książki z większymi podejrzeniami, gdyby nie autor, bo opis na okładce brzmi tak:
Akcja powieści rozgrywa się w realiach jedenastowiecznej Europy, w epoce u schyłku imperium muzułmańskiego.

Fikcyjny Al-Rassan to pełna uwodzicielskiego piękna kraina, targana przemocą i konfliktami. Pokój między chrześcijanami, muzułmanami i żydami jest trudno osiągalny i niepewny.
Opis jest nieco dłuższy, ale to już wystarczy, by się zastanowić. Z jednej strony, mamy "realia jedenastowiecznej Europy" z drugiej, "fikcyjny Al-Rassan". Co jest u licha, można zapytać. Mamy tam jeszcze jedno przekłamanie, ale o tym zaraz.

wtorek, 3 marca 2020

Anne McCaffrey, Jeźdźcy Smoków

Co prawda, odgrzewany kotlet z zeszłego roku, ale w sumie, może warto przywołać.
Od dosyć dawna, zbierałem się do tego, by zabrać się za wielki cykl amerykańskiej pisarki, Anne McCaffrey, o Jeźdźcach Smoków z Pern. Przez to, że sporo osób mi to polecało, zaliczyłem nieco spoilerów, ale jakoś specjalnie mi to nie przeszkadzało.

Książka ta jest dosyć znana wśród fanów fantastyki i powszechnie ceniona. Na ile taka pozytywna opinia jest uzasadniona? Moim zdaniem, całkiem nieźle.

Akcja Jeźdźców Smoków, dzieje się na planecie Pern. W zasadzie, nie jest to do końca określone - równie dobrze, można by suponować, że mamy do czynienia z jakąś bliżej nieokreśloną krainą w jakimś neverlandzie. Jednak, cóż, opis na okładce rozwiewa te złudzenia, zatem, nie zamierzam jakoś specjalnie krygować się przy opisywaniu.

niedziela, 1 marca 2020

Marta Krajewska, Idź i czekaj mrozów

Zapewne długo bym nie zorientował się, że taka książka w ogóle istnieje. Jednak, Z pamiętnika Książkoholika objęła tę książkę patronatem, zatem, co rusz gdy tam wchodziłem, widziałem okładkę. Wyglądała ładnie, po tym, jak obejrzałem sobie opis, stwierdziłem, że sprawdzę.
Czy było warto? Tak, chociaż całkiem różowo też nie było. Ale po kolei.

Idź i czekaj mrozów, to rural fantasy, czyli ten rodzaj literatury, który darzę szczególnym sentymentem. Rozgrywa się bowiem nie w jakimś mieście, tylko zabitej dechami dziurze. Oczywiście, w pewien sposób trudniej w takim otoczeniu napisać coś ciekawego, ale jak już się uda, to efekty mogą być bardzo fajne. Takim przykładem, może być dylogia o Wilżyńskiej Dolinie, pani Anny Brzezińskiej. Bawiłem się świetnie, czytając ten zbiór opowiadań rozbity na dwa tomy. I liczyłem, że w tym przypadku, znajdę coś podobnego. 
Poniekąd, rzeczywiście tak się stało. Jednak, mimo wszystko, nie do końca.

piątek, 21 lutego 2020

Romuald Pawlak, Inne Okręty

Być może już kiedyś tutaj pisałem, że jednym z moich ulubionych regionów świata, którego na razie nie odwiedziłem, jest Ameryka Południowa. A konkretnie Andy, w szczególności Peru i Ekwador.
Dlatego, gdy robiłem zamówienie w księgarni internetowej i sprawdziłem, co też mają jeszcze na stanie, oprócz pozycji, której szukałem, od razu zwróciłem uwagę na tę charakterystyczną okładkę, przedstawiającą hiszpańskiego konkwistadora.

Opis brzmiał zachęcająco. Cena też, poza tym, było to wydanie śp. Runy, która zazwyczaj jednak słabych rzeczy nie wypuszczała. Zatem, zamówiłem, mimo, że autora de facto nie znałem (kojarzyłem, że coś tam publikował w dawnym Feniksie).

O czym w zasadzie są owe Inne Okręty? Ano, mamy do czynienia z alternatywną historią, przemieszaną z elementami fantasy. Jak można się domyślić, ta opowieść dzieje się w Ameryce Południowej. Co osobiście doceniłem. Nie tylko dlatego, że lubię ten kontynent, ale dlatego, że bardzo cenię fantasy w nietypowym uniwersum, nie w czymś w rodzaju średniowiecza europejskiego.

piątek, 14 lutego 2020

Joseph Pearce, C.S. Lewis, a Kościół katolicki

Szukałem książki pana Josepha Pearce'a o Tolkienie (Tolkien: Człowiek i mit), o
której słyszałem, że jest dobra. Nie było to łatwe, ale przy okazji znalazłem taką książkę. Ponieważ była tania, mniej więcej w cenie paczki papierosów, kupiłem. Czy było warto? Cóż, raczej tak.

Tak słowem o autorze: pan Joseph Pearce jest profesorem literatury angielskiej na Ave Maria College, położonym na Florydzie. Przede wszystkim, cenionym znawcą twórczości Tolkiena i pozostałych Inklingów, jak również Chestertona. Widziałem, że również i Shakespeare znajdował się nieraz w centrum jego zainteresowania, bo na jego temat miał niemało artykułów.
To dość ciekawa postać, zważywszy na to, że urodził się w antykatolickiej rodzinie, a w młodości uległ fascynacji ideami neofaszystowskimi. Potem jednak, zdecydowanie zmienił poglądy, przystępując do Kościoła Katolickiego. Piszę o tym, bo to ważne, przy ocenie tej książki.

Natomiast, ja sięgnąłem po tę książkę z dwóch powodów. Po pierwsze, interesują mnie Inklingowie (w szczególności Tolkien), więc raczej nie pogardzę jakąś dobrą pozycją na ten temat. A po drugie, z powodu uczucia zdziwienia, jakiemu niegdyś uległem.
Nie jestem jakimś fanem twórczości C.S. Lewisa. Ma sporo uroku, ale takie nachalne wpychanie komuś chrześcijaństwa (czy jakiegokolwiek innego światopoglądu pisarza), jakie obserwujemy chociażby w Opowieściach z Narnii, rzadko mi się podoba.

Mercedes Lackey, Prawo Miecza. Opowieść Kerowyn

Już parę książek pani Lackey tutaj oceniałem. Może z tego wynikać, że jestem
jakimś zaciekłym fanem tej autorki. Cóż, nieprawda.
Uważam, że jej twórczość, delikatnie rzecz ujmując, ma sporo mankamentów. Jednakże, bardzo przypadł mi do gustu świat, który wykreowała w swoim wielkim cyklonie o Valdemarze. Podobają mi się zasady działania magii, czy opisy kultury. Jak i Heroldowie, najważniejsi bohaterowie tego świata. Jednak, jak już wspominałem, poziom tych książek, jest...mocno zróżnicowany.
Od w najlepszym razie niezłych, aż po przyzwoite fantasy. Tym razem, miałem szczęście i trafiłem na bardzo dobrą literaturę. O czym świadczy fakt, że ta recenzja jest pisana po powtórnej lekturze.
Jeszcze tak w kwestii chronologii... Prawo Miecza jest swego rodzaju łącznikiem, między Trylogią Heroldów Valdemaru, a omawianą tutaj Trylogią Magicznych Wiatrów.
Mimo, że to część wielkiego cyklu i będzie nam nieco brakowało perspektywy, gdy zaczniemy czytać od tej części, spokojnie można potraktować tę pozycję jako samostojkę.
Dlatego, zachęcam do lektury (jeśli ktoś lubi takie, w sumie dość klasyczne fantasy). Jak wam się bardzo spodoba uniwersum, to można sobie poczytać także resztę, a jak średnio, to raczej i tak powinno się podobać. A jak kogoś ciekawi, czemu warto sięgnąć właśnie po to, zapraszam do dalszej lektury.