piątek, 22 lutego 2019

Aleksandra Janusz, Dom Wschodzącego Słońca

Rzadko miewam tak, że jak coś przeczytam, to od razu chcę tutaj o tym pisać.
Nawet dobre książki, zazwyczaj muszą sobie chwilę na to poczekać. Są jednak takie tytuły, przy których zdecydowanie nie chce mi się zwlekać. Dzisiaj właśnie o czymś takim.
Dom Wschodzącego Słońca, to książka autorstwa pani Aleksandry Janusz, polskiej pisarki, zawodowo zajmującej się biologią molekularną. Przyznam, że bardzo długo mi ta postać jakoś umykała. Zapewne jeszcze długo ten stan nieświadomości byłby kontynuowany, gdyby nie Moreni, która to właśnie poleciła mi twórczość tej pani.
 Zaciekawiłem się, znalazłem trochę informacji o autorce (nie mogłem się nie uśmiechnąć, widząc, że zajmuje się biologią), dlatego przy pierwszej okazji, kupiłem tę książkę. Zwłaszcza, że kojarzy mi się dobrze, zazwyczaj książki wydane przez ś.p. Runę, mogą się poszczycić całkiem niezłym poziomem.
Tyle słowem wstępu, przejdźmy może do samej książki.


Zaczyna się dość standardowo - amerykańskie miasteczko Farewell, sądząc po opisie, leżące w którymś ze Stanów Założycielskich (architektura, czy historia wskazują na stare, szacowne, jak na USA pochodzenie), ma swój specyficzny klimat.
W tym oto miasteczku, mieszka nastolatka, Eunice Wight. Zwyczajna, jeśli zwyczajnym może być punk w szkole średniej, z dredami, usilnie walczący z Systemem. W każdym razie, jak to z takimi zbuntowanymi nastolatkami bywa, wcale nie jest głupia - po prostu poszukuje. Ja pannę Wight poniekąd rozumiem, mimo, że ten etap mam już za sobą (no prawie) i nigdy do takiego poziomu nie doszło. W każdym razie, pani Janusz bardzo doceniłem, bo w objętości mniej więcej pół strony, zdołała znakomicie zawrzeć esencję owego nastoletniego buntu.
Dziewczyna siedziała przed gabinetem i czekała, aż pielęgniarka wróci z przerwy śniadaniowej. Z nudów oglądała prace pierwszaków, przybite szpilkami od korkowych tablic. Wisiało tam chyba ze dwadzieścia wyklejanych, schematycznych portretów Jerzego Waszyngtona. Różniły się szczegółami, odcieniem cery albo kolorem włosów, ale powstały według tego samego wzoru i w gruncie rzeczy były identyczne. (...)
A jeśli całe życie składało się z metaforycznie ujętego powielania portretów Waszyngtona? Jeżeli cała nauka w szkole, to pranie mózgów na olbrzymią skalę?
Postanowiła to sprawdzić osobiście.
Jak widać tok myślenia wcale nie jest taki bezsensowny, chociaż może prowadzić do niezbyt ciekawych rezultatów.
Eunice jednak nie skończyła pijąc pod płotem. Trafiła bowiem na grę internetową, która okazała się wyzwaniem nawet dla jej lubiącego wykraczać poza utarte schematy umysłu. Ta rozrywka odblokowała w jej umyśle pewną ścieżkę i zbuntowana panna Wight przypadkiem odkryła w sobie magiczną moc.
Wówczas okazało się, że w Farewell żyje całkiem niemała społeczność magów, nie mieszczących się w ramach nawet magicznej społeczności. Część mieszka w tytułowym Domu Wschodzącego Słońca, część tam bywa.
Poznajemy zatem w połowie Anglika, w połowie Japończyka, Lloyda Darka, mistrza od sztuk walki. Rockowego muzyka i uzdrowiciela, Gabriela Shade'a. Czy wreszcie cybermaga, doskonale łączącego Internet z magią, Timothy'ego Hawkinsa, starego, schorowanego hippisa. Nie są to wszyscy, ale nie chcę wszystkiego zdradzać, by i na początku coś kogoś mogło zaskoczyć.
Szczerze mówiąc, rzadko się zdarzyło, by bohaterowie przypadli mi tak bardzo do gustu. Nie polubiłem w zasadzie tylko Gabriela, ale nie dlatego, że ta postać była jakoś niewiarygodnie zbudowana, czy coś w tym rodzaju. Po prostu, jest to typ człowieka, który zawsze mnie mocno irytuje.
Najbardziej jednak z magów z miasta Farewell ciekawił mnie Krzysztof Podróżnik. Ten liczący sobie już setki lat mag, jest jednym z założycieli magicznej społeczności Farewell i niezwykle potężnym czarodziejem. Jak wskazuje jego przydomek, podróżował wiele, nie tylko zresztą po naszym świecie. Niezwykle intrygująco nakreślona postać i trafiła na moją listę bohaterów literackich, których chciałbym kiedyś spotkać. Kto nie chciałby uciąć sobie pogawędki z człowiekiem, który był na Avalonie?
Podobnie fascynującą postacią, była wieloletnia partnerka Krzysztofa, wieszczka Kaja. Niestety, w czasach, gdy toczy się ta powieść, Kai już wśród żywych nie ma. Jednak, z tego, co się dowiadujemy, wyłania się obraz niezwykłej osoby.

Jednak, zdecydowanie największą zaletą tej książki, jest konstrukcja świata przedstawionego. Magia nie jest zwykłym machaniem różdżką, ale istotnym składnikiem rzeczywistości, a każde jej użycie może mieć niemałe konsekwencje.
Największe wrażenie zrobił dla mnie Świat Opowieści - coś w rodzaju dodatkowego wymiaru rzeczywistości. Nie zdradzam szczegółów, ale ujmę to w ten sposób - jeśli magowie w tym świecie są w stanie nie tyle złamać, co nagiąć prawa fizyki, przebywanie w Świecie Opowieści, oznacza wręcz manipulacje tymi prawami na bardzo podstawowym poziomie. Tej sztuki mało kto jest w stanie dokonać.
Tutaj niestety łyżka dziegciu - świat jest skonstruowany bardzo ciekawie, ale wciąż nierozwinięty. Książka po prostu prosi się o kontynuację.

Właśnie, już napisałem, że całkiem sporo elementów mi się w przedstawionej historii podobało. Kilka niestety nie, więc o nich należy tutaj napisać.

Najgorszym elementem tej książki, zdecydowanie była główna bohaterka - Eunice Wight. Na szczęście, nie zawsze odgrywa najważniejszą rolę, bo od razu ocena poleciałaby na łeb, na szyję. Tym niemniej, drażnią mnie niejednokrotnie głupota tej panny, czy chociażby jej stosunek do ojca.
Oczywiście, jak już dałem znać wcześniej, nie uważam tej akurat bohaterki za głupią. Jak na tego rodzaju książki, wypadła naprawdę dobrze. Mimo to niejednokrotnie bardzo mnie irytowała, zwłaszcza kompletny brak szacunku dla starszych i mądrzejszych, nie mówiąc o zwykłym chamstwie. Ale to chyba przypadłość właściwa wielu nastolatkom :P.
Przy okazji podkreślę też pozytywną stronę tej historii - w Domu Wschodzącego Słońca, starsi i mądrzejsi magowie, zazwyczaj naprawdę tacy są.
Jasne, zdarza im się popełniać błędy. Nie jest to jednak typowa powieść dla młodzieży, gdzie młoda, genialna bohaterka ratuje z opresji ludzi, którzy mieli wielkie doświadczenie życiowe w czasach, gdy jej nawet planach nie było. Niejednokrotnie panna Wight, była w zasadzie świadkiem zmagań, które były kompletnie, poza jej zasięgiem.
Muszę jednak na koniec dodać, że jakkolwiek ja mi bohaterowie się podobali, uważam, że są ciekawie skonstruowani i zdecydowanie da się o nich coś powiedzieć, spotkałem się z wieloma opiniami, że są oklepani i gdzieś to już było.
Nie zgadzam się się z tym. W sensie, nieraz było coś podobnego, ale widzę też dużo oryginalnego wkładu od strony pani Janusz. Tylko zastrzegam, że może mi się tak zdaje, bo aż tak wielu urban fantasy nie czytałem.

Dom Wschodzącego Słońca, da się czytać jako odrębną książkę, ale zostawia niedosyt i widać, że kontynuacja była planowana.
I tak rzeczywiście było - ta książka miała być tomem pierwszym serii Miasto Magów. Tyle, że kolejna część, Mandala, już się nie ukazała. Zapewne dlatego, że Runa upadła.
Jednak, wyszło wznowienie Domu, tym razem wydawnictwa Uroboros. Także liczę, że doczekamy się kontynuacji.
Książka jest bardzo dobra i tak ją właśnie oceniam: 8/10.
Biorąc pod uwagę, że to był debiut pani Janusz, ciekaw jestem, jak rozwinęło się później. Kolejna jej książka, Asystent Czarodziejki, już zamówiona, także zobaczymy.

6 komentarzy:

  1. Cieszę się, że jednak nie czujesz się zawiedziony, mnie te ładnych kilka lat temu trochę rozczarowała. "Mandala" chyba już była nawet napisana, były jakieś plany ze strony Uroborosa, ale nie wiem, na jakim to jest teraz etapie.

    "Asystenta Czarodziejki" trzeba było zamówić od razu z "Utraconą Bretanią". To jedna powieść, rozbita na dwie książki ze względów objętościowo-marketingowych i podzielona w takim miejscu, że trochę człowieka skręca. No i obie stanowią zamkniętą całość, a trzeci tom nie, co w obliczu braku czwartego jest pewną wartością (wydawca anulował serię po trzech tomach, choć 4 był już prawie napisany. Co prawda zwrócił prawa autorce, a ona jednak postanowiła dokończyć powieść, ale na razie nie ma żadnych informacji odnośnie wznowienia/wydania ostatniego tomu).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak pisałem, może to dlatego, że aż tak dużo urban fantasy nie czytałem. Tu konstrukcja uniwersum, jak na tego rodzaju książki, naprawdę mnie ujęła ;).
      Na blogu pani Janusz było coś wspomniane o planach ze strony Uroborosa. Na razie nic nie ma, ale to rokuje pewne nadzieje.

      Okej, czyli nie tylko dzieła zagranicznych autorów dzielą w ten idiotyczny sposób. No trudno, to się resztę sprowadzi.
      Chociaż przy tym kolejne rozczarowanie, że cykl urwany - tym bardziej, że podobno dobry.

      Usuń
    2. Lepiej zaglądać na jej fanpaga na facebooku, są tam bardziej aktualne informacje ;)
      Mnie się "Asystent czarodziejki" podobał znacznie bardziej niż "Dom Wschodzącego Słońca", choć oczywiście ma swoje wady (mam reckę nawet, o: https://kronikaksiazkoholika.blogspot.com/2016/09/asystent-czarodziejki-aleksandra-janusz.html ).

      Usuń
    3. No niby tak, ale z drugiej strony na fanpage'u jest tam tyle tego (zwłaszcza z okazji Hardej Hordy), że ciężej się czegoś doszukać ;).
      Notka fajna, zaciekawiła mnie, choć wskazuje, że ja akurat mogę mieć większe zastrzeżenia. No, e trzeba przeczytać, bo czas stracony to nie będzie ;)

      Usuń
  2. Brzmi ciekawie, a niestety autorka ma pecha do wydawnictw - Runa zakończyła działalność, Nasza Księgarnia oznajmiła, że nie wyda jej kolejnego tomu, ale powiedzmy szczerze - wcale nie promowała jak należy jej utworów. Oby teraz udało jej się z Uroborosem!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wszyscy mają głowę do marketingu i jak najbardziej rozumiem. Chociaż muszę się zgodzić, o czymś świadczy fakt, że przez całe lata jakoś o niej nie słyszałem.
      W każdym razie, życzę jej powodzenia ;). No i polecam poczytanie tego, co już jest

      Usuń