niedziela, 26 maja 2019

Steven Ericsson, Cena Szczęścia

Pana Stevena Eriksona poznałem jakiś czas temu, jako całkiem niezłego autora fantasy. Przeczytałem tylko część pierwszą Malazańskiej Księgi Poległych (Ogrody Księżyca) i chociaż zachwycony nie byłem, to nie byłem też zły, że w ogóle po to sięgnąłem.
Tragedia to nie była, mimo, że daleko mi do zachwytów, jakie niektórzy wznoszą nad jego twórczością.
Wrażenia były jednak całkiem pozytywne, a słyszałem, że po pierwszym, nad wyraz chaotycznym tomie tej sagi, jest lepiej. Kiedyś (mam nadzieję, że w tym roku) nadrobię.
Dlatego, gdy zobaczyłem, że ten kanadyjski autor, napisał powieść science-fiction, opowiadającą o pierwszym kontakcie, od razu chciałem to dorwać. Byłem bardzo ciekaw, jak ten całkiem dobry autor fantasy, poradzi sobie w konwencji fantastyki naukowej.
Niestety, muszę powiedzieć, że Cenie Szczęścia, uwidaczniają się największe wady, które tak psuły mi przyjemność, płynącą z lektury Ogrodów Księżyca. Poza tym doszły dodatkowe zgrzyty - ten pan ewidentnie średnio sobie radzi ze science-fiction.
Tyle słowem wstępu, teraz chciałbym przedstawić szerzej, co dokładnie mi tam nie podeszło.


Na początku, trafiamy do Kolumbii Brytyjskiej, a konkretnie Victorii. Tam, obserwujemy porwanie przez UFO, rudowłosej kobiety. W biały dzień, na oczach licznych przechodniów.
Owa kobieta, która okazuje się być kanadyjską pisarką science-fiction, budzi się na orbicie Księżyca. Samantha August, bo tak ta pani się nazywa, znajduje się w pomieszczeniu pozaziemskiego statku kosmicznego. Rozmawia z nią sztuczna inteligencja, Adam, która wyjaśnia, że jest wysłannikiem trojga pozaziemskich cywilizacji.
Dodaje również, że kontakt z ludzkością, jest poniekąd wymuszony. Otóż, kosmici wysłali swojego wysłannika, bo ekosystem ziemski jest na skraju zniszczenia i muszą się z ludzkością porozumieć. Jeśli się nie uda - niestety, Homo sapiens będzie musiał umrzeć. Pani August została wybrana na negocjatorkę między ludźmi, a Adamem, który to ma wszelkie pełnomocnictwa do podejmowania decyzji.
Jak na inteligentną kobietę (czy w ogóle człowieka) przystało pani Samantha nie zgadza się od razu. Adam nie ponagla jej, ale przystępuje do niezwłocznych działań.
Pierwszym krokiem przybyszów jest wyznaczenie stref ochronnych. Tajemnicze pola siłowe, wywalają z lasów deszczowych kłusowników i drwali, swobodnie przepuszczając zwierzęta. Trawlery nie mogą zarzucać swoich sieci. Odwierty w wielu miejscach, po prostu stają się niemożliwe. I tak dalej. Każdy chyba może sobie całkiem udatnie wyobrazić, co takiego się dzieje.

Kosmici nie odpuszczają. Potem niemożliwa staje się agresja międzyludzka, znajdują nam nietrujące źródła energii itd. Jak ludzkość odnajdzie się w tym wszystkim? Cóż, o tym właśnie ta książka traktuje.

I tutaj właśnie pojawia się podstawowy problem tej książki - jak opowiada o tym całym ambarasie.
Jest to bowiem powieść niezwykle chaotyczna. Raz po raz, przeskakujemy od jednego przypadkowego Ziemianina, na kolejnego. Niektórzy pojawiają się częściej, niektórzy rzadziej. Niejednokrotnie, odnoszę wrażenie, kompletnie niepotrzebnie. Naprawdę, ja rozumiem, że chciano tutaj pokazać, jak ludzie mogliby przyjąć taką rewolucję. Jednak, panie Erikson, z umiarem! Odchudzenie tych wszystkich wątków, wyszłoby tej książce na dobre. Zwłaszcza, że te postaci, są niejednokrotnie nudne. Ja wiem, nie każdy człowiek jest ciekawy, a zamysł był chyba taki, by pokazać możliwie szeroki przekrój ludzkości, od amerykańskiego farmera, do handlarza bronią.
Jednak, naprawdę, sposób opisywania tych jednostek, sprawiał, że ziewałem i miałem ochotę przerzucać strony, licząc, że tam może znajdę coś ciekawszego.

Przez taki sposób prowadzenia narracji, przypomniałem sobie właśnie Ogrody Księżyca. Tam też mieliśmy skakanie między bohaterami, skupianie się na nic niewnoszących bzdetach i chaos, który znacząco utrudniał zorientowanie się kto jest kim i jak w zasadzie działa to uniwersum. Tutaj mamy podobnie, co nie najlepiej świadczy o warsztacie Kanadyjczyka.

Właśnie, odnośnie narodowości... Wiecie, kto w pewnym momencie staje się wiodącą grupą ekspertów, którzy pomagają rządzącym radzić sobie z tą nową dla nich sytuacją? Kanadyjscy pisarze science-fiction.
Nie byłoby to takie śmieszne, bo w sumie pomysł nie jest całkiem bezsensowny. Jednak, ciągłe podkreślanie, że chodzi o kanadyjskich pisarzy, wymienianie nazwisk i tak dalej, już nieco jest. Wygląda to nieco tak, jakby pan Erikson, chciał, za przeproszeniem, zrobić dobrze swoim kolegom i koleżankom po piórze. Biorąc pod uwagę, że sam jest z Kanady, to te skojarzenia wchodzą na naprawdę dziwne tory...

Jednak, to wszystko nie są największe grzechy tej książki. Największym problemem Ceny Szczęścia, jest niepotrzebny debilizmy świata przedstawionego.
Większość pewnie kojarzy, kim są Szaraki, prawda? Niezorientowanym wyjaśniam, że to najbardziej popularna rasa kosmitów. Oni to, wedle "uprowadzonych", mają odpowiadać za ich porwania, prowadzą też jakieś tajemnicze badania na Ziemi itd.
Otóż, w tej książce, Szaraki istniały, a światowe rządy, ukrywały ich istnienie. Zostały przepędzone dopiero przez interwencję innych kosmitów, których to przedstawicielem jest Adam. Bardzo mocno mi się to skojarzyło z majaczeniami Janusza Bieszka, który też bredził o tym, jak poszczególne rasy kosmitów przepędzały się nawzajem z Ziemi. Nie muszę mówić, że to skojarzenia nader niepochlebne (jak ktoś jest ciekawy, o co chodzi, to zapraszam tutaj).
Mamy tam zresztą w ogóle niemało takich "agenturalnych" wątków - wiecie, że Szaraki kopią na Księżycu, na Marsie są ruiny dawnej cywilizacji, a marsjański Księżyc, Fobos, jest ciałem sztucznym, zamieszkiwanym przez Szaraki? Zalinkowałem artykuł z portalu Inne Medium, który właśnie o tym mówi. I właśnie "rewelacje" rodem z tego rodzaju portali, pan Erikson serwuje nam w swojej książce. Jako prawdę, która wychodzi na jaw.
Nie wiem, czy to próba zbicia kokosów na fanach tych idiotycznych teorii spiskowych, czy (nie daj Boże), pan Erikson sam w nie wierzy. Tak, czy inaczej, wstyd, gdy w dziele science-fiction, znajduje się coś takiego.
Jeszcze rozumiem, gdyby ta książka była skonstruowana inaczej. Ale w tym wypadku, naprawdę nie ma żadnego sensu. Ten wątek jest zbędny. Naprawdę, fajnie poczytać, że jak to Kontakt mógłby nam pomóc polecieć łatwo i szybko na Marsa (jest taki wątek, spoiler jednak nie za duży). Można spekulować, co tam byśmy zastali. Nie trzeba wcale pisać, jak to NASA rzeczywiście ukrywała przed nami jakieś marsjańskie ruiny (jak ktoś jest ciekawy, to pan Erikson bazował zapewne na czasem odgrzewanej, sprawie rzekomych marsjańskich twarzy, sfotografowanych przez sondę Viking).

Tyle, jeśli chodzi o to, co mi się nie podobało. A co mi się podobało?

Przede wszystkim pomysł. Kosmici, którzy ratują ziemską biosferę, samo przedstawienie, jak ta interwencja mogłaby wyglądać jest naprawdę oryginalne i ciekawe. Niektóre "prezenty" przybyszy z Kosmosu, naprawdę mnie zaskoczyły i to pozytywnie. Byłem pod dużym wrażeniem, które jednak, później zostało zepsute przez ten irytujący sposób prowadzenia całej historii.

Podobał mi się również główny wątek. Pani Samantha August, jest naprawdę dobrze skonstruowaną postacią. Rzutka, inteligentna kobieta, wypalająca papierosa za papierosem i pijąca hektolitry kawy, jest tym typem człowieka, z którym chętnie bym sobie porozmawiał.
Na wiele tematów na pewno byśmy mieli odrębne zdanie, ale byłaby to na pewno ciekawa dyskusja. Jeśli w ogóle chodzi o dyskusję, to te fragmenty, kiedy pani Samantha rozmawiała z Adamem, były jednymi z najciekawszych w całej książce.
Nieco mniej dobry, chociaż wciąż niezły jest wątek, męża pani August, Hamisha. Jest on lekarzem i jakoś musi sobie radzić po porwaniu żony.
Przypadły mi do gustu również te części tej historii, które ukazywały reakcje członków amerykańskiego rządu. To było po prostu zabawne, zwłaszcza, że przedstawiony tam prezydent, podejrzanie przywodził na myśl obecnego.

I wreszcie, warto podkreślić, że w tej książce jest mocny, pozytywny przekaz. W żadnym razie, nie jest to jakaś cukierkowa historia, ale widać, że autor wierzy w potencjał ludzkości.
Warto wspomnieć, że jednym z powodów, dla których kosmici stwierdzili, że jest jeszcze dla nas nadzieja, była nader optymistyczna twórczość pewnego kanadyjskiego pisarza science-fiction.

Jest to niewątpliwie utwór, który mimo wielkich wad, skłania do przemyśleń i pozostawia ślad na dłużej. Dlatego, ostateczna ocena to:
5/10

Można czytać, ale na własne ryzyko.

PS. Uznałem, że aby nie być gołosłownym, zacytuję to coś z tych dyrdymałów, które nam zaserwował pan Erikson. Przykładowo, strona 524, lot na Marsa i takie oto relacje ze zbliżania się do niego:

- Za chwilę schodzimy na dół. Są tam ruiny, mnóstwo ruin. Dawne miasto. Jest również życie. Na razie tylko drobnoustroje, choć z danych wynika, że pod powierzchnią natkniemy się na organizmy wielokomórkowe, bezkręgowce. (...) A co do tych ruin, przekonamy się, co tutaj zmajstrowali nasi zamierzchli kuzyni.(...)
Wciąż nie potrafił zrozumieć, dlaczego NASA tak skrupulatnie ukrywała dowody istnienia pradawnych cywilizacji na Marsie.

Ja wiem, że to beletrystyka, nie literatura naukowa. Ale ktoś, kto mieni się pisarzem science-fiction popularyzuje takie bzdety?


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz