niedziela, 26 maja 2019

Lian Hearn, Sieć Niebios. Czyli niezła prawie-Japonia


Japonia fascynowała mnie jeszcze od liceum - kiedy przeczytałem Shoguna,
autorstwa niezrównanego Jamesa Clavella. Brytyjczyk doskonale odmalował całą złożoność świata feudalnego Kraju Kwitnącej Wiśni i od tego czasu nieraz zdarzało mi się sięgać po coś w tym klimacie.
Kiedyś nawet japońskiego się uczyłem. Muszę jednak zaznaczyć, że współczesna (poza przyrodą), aż tak wielkiego mojego zaciekawienia nie budzi. Ale o feudalnej prawie zawsze chętnie poczytam.
Jednocześnie, zaznaczam, że znacznie bliższa jest mi Europa i jakimś maniakiem Kraju Wschodzącego Słońca nigdy nie byłem. A już bycia fanem mangi stanowczo imputować mi nie należy. Tym niemniej, sentyment do Japonii feudalnej mam spory.
O co chodzi w tym wstępie? Ano, o to, że kiedy ostatnio byłem na kiermaszu książkowym, rzuciła mi się w oczy, ładna, zielona okładka z samurajskim mieczem na okładce. Oczywiście, sięgnąłem, tytuł wydawał się dość ciekawy. Autorki nie znałem. Cóż, okazało się, że strzeliłem całkiem dobrze.
Sieć Niebios jest piątym i ostatnim tomem cyklu Opowieści Rodu Otori, autorstwa pani Gillian Rubinstein (publikującej pod pseudonimem Lian Hearn). Zarazem jednak, jest to tom pierwszy, ponieważ opisane tam wydarzenia mają miejsce przed resztą cyklu. Nie wiem, czemu nie wydano tego po prostu jako prequel, ale już mniejsza z tym. Ważne było, że można było zacząć  lekturę od tej książki, co też uczyniłem.

Najpierw coś niecoś o samym świecie przedstawionym. Otóż, proszę państwa, akcja osadzona jest w Trzech Krainach - jako żywo, klimatem i kulturą wyglądających jak feudalna Japonia. Bohaterowie też nazywają się po japońsku (nikt chyba nie powie, że ktoś z Europy, nazywałby się Otori Shigeru).
Jednak nie jest to do końca Japonia. Chociaż w wielu aspektach mogłaby nią być, zwłaszcza, że elementów fantasy jest tutaj naprawdę mało. Gdyby wydarzenia miały miejsce w realnej Japonii, bym się zastanawiał, czy nie nie lepiej byłoby tę historię zakwalifikować jako realizm magiczny.
Zapewne pani Hearn nie chciała się czuć skrępowana realiami Japonii z epoki rządów shogunów, ale chciała obficie z niej czerpać. Takie jej prawo, jak każdego twórcy. W końcu sam George R.R. Martin kiedyś powiedział, że nie pisze powieści historycznych, bo wtedy zakończenie jest znane. Skoro jemu wolno było czerpać obficie z historii Wojny Dwóch Róż, to czemu nie tej pani z dziejów feudalnej Japonii?

Zatem wypada powiedzieć parę słów o tym, o czym w zasadzie ta książka traktuje.
W dużym skrócie, jest to opowieść o losach młodego dziedzica rodu Otori, panicza Shigeru.
Książka zaczyna się, gdy tenże główny bohater jako jeszcze całkowity młokos, wraca do domu. Tam jest świadkiem, jak jego młodszy brat, o mało nie tonie. Ratuje go, chociaż przy okazji inny chłopiec ginie.
Wtedy to, następują pewne reperkusje, po raz pierwszy w młodym człowieku, budzi się świadomość, że jego ojciec jest słaby, a stryjowie próbują dominować, a jego samego za bardzo nie lubią.
Tak oto zaczyna się opowieść o dojrzewaniu młodego pana Otori. Toczy się ona dość powoli, w taki niespieszny, nieodparcie kojarzący się z Japonią sposób.
Udaje się on na nauki do odosobnionego klasztoru, by uczyć się samoobrony u niegdyś sławnego szermierza, Matsudy Shingena. Obecnie jest on mnichem i uczy młodzieńca nie tylko metod walki, ale i wewnętrznej dyscypliny.
Przy okazji, w wyniku pewnego wypadku, poznaje on pewnego tajemniczego człowieka. To spotkanie, później wywrze wielki wpływ na jego życie.
Po powrocie do domu, młody Otori orientuje się, że sąsiedni klan Tohan, ostrzy sobie zęby na ziemie jego przodków.
Natomiast jego stryjowie i coraz bardziej zdziwaczały ojciec, nie są w stanie twardo postawić się nieproszonym gościom.
Zatem Otori Shigeru bierze sprawy w swoje ręce i stawia czoło najeźdźcom, w tym agresywnemu panu Iida. Jednocześnie obserwujemy wątek jego trudnego związku ze swoją konkubiną, Akane i nieudane małżeństwo.
W pewnym momencie niestety ponosi klęskę, która powoduje, że jego środki bezpośredniego oporu stają się mocno ograniczone. Wówczas przechodzi do bardziej skrytego działania przeciwko swoim wrogom. Jeśli ktoś teraz się wścieka za spoiler, to spokojnie - wcale to spoiler nie jest, choć być powinien. Później wyjaśnię, dlaczego.
Wiele podróżuje, szukając wsparcia do swoich działań. Poszerza swoje horyzonty i jeśli już poprzednio jest inteligentnym człowiekiem, teraz staje się jeszcze lepszym. Odkrywa też, że mimo całej goryczy takiego życia, można i w nim odnaleźć pewne piękno. O co dokładnie chodzi, musicie doczytać ;).

Tyle jeśli chodzi o fabułę. Cóż, muszę powiedzieć, że generalnie bardzo mi się podobało.
Przedstawiona w tej książce historia, nie pędzi przed siebie na łeb, na szyję. Toczy się raczej spokojnie, swoim tempem. Mimo to, w żaden sposób nie byłem tym rozdrażniony. Wszystko działo się kiedy się dziać powinno, nie miałem uczucia, że czas, przedstawiony w tej książce, jest jakiś nierealny.
Również opisy przyrody, czy podróży pana Shigeru, zostały przedstawione w taki spokojny, kojarzący się nieco z Japonią sposób. Nie są nużące, takie z lekka poetyckie i wydają się być na swoim miejscu.
Sama opowieść również jest dobra i zwyczajnie jest się ciekawym, co się zaraz stanie. Dzieje się tak, między innymi, dzięki dobrym bohaterom.
Przede wszystkim, bardzo przypadł mi do gustu sam dziedzic klanu Otorich. Naprawdę, pan Otori Shigeru, nawet jako nieco zapalczywy młodzieniec, nie jest idiotą. Dość szybko zdaje sobie sprawę, że jako głowa klanu, będzie musiał zajmować się różnymi sprawami i na swój sposób, stara się do nich przygotowywać.
Później, jest jeszcze lepiej. Staje się dość wyrozumiałym, bardzo mądrym człowiekiem, powszechnie lubianym. Ma swoje zasady, jest bardzo inteligentny i cierpliwy, potrafi planować na wiele lat do przodu.
Przy czym, nadal pozostaje w tym wszystkim, zwyczajnie ludzki. Obserwujemy jego liczne rozterki i problemy. Widzimy ciężary, z którymi musiał się borykać, a mimo to, dawał jakoś radę.
Inni bohaterowie wypadają przy nim nieco blado. Aczkolwiek, podkreślam, są wyjątki. Przykładowo - pani Maruyama Naomi, dziedziczka klanu Maruyama, jedynego, w którym dziedziczą kobiety. Jak można się domyślać, w związku z tym, jest to osoba twarda i inteligentna. A mimo tego, zwyczajnie sympatyczna, której (moim zdaniem przynajmniej) nie sposób nie lubić.
Czy też Akane, konkubina pana Shigeru. To już nie jest tak jednoznaczna postać, ale zdecydowanie z papieru nie jest.

Jest tylko kilka kwestii, do których muszę się przyczepić. Przede wszystkim, mam na myśli pewien detal, odnośnie prowadzenia narracji.
Otóż, jak wspomniałem na wstępie jest to ostatni tom pięciotomowej sagi, który de facto jest prequelem. Ja potraktowałem go jako prequel właśnie i od niego zacząłem swoją przygodę z książkami pani Hearn.
W związku z czym, niezmiernie drażniły mnie ciągłe spoilery w toku narracji. Ja wiem, że ta książka została napisana z myślą o tych, którzy mają już całą resztę za sobą.
Jednak, pani Hearn, czy naprawdę trzeba zdradzać czytelnikowi, jakie będą dalsze losy głównego bohatera? Przykładowo - to pani Hearn zdradza, że dziedzic Otorich poniesie w pewnym momencie pewną porażkę, o której już wspomniałem. A wcale nie byłoby to takie oczywiste. Czyli widzicie - normalnie mielibyśmy do czynienia z paskudnym spoilerem. I teraz też mamy - tylko serwuje go nam autorka. Jest to niezmiernie irytujące.

Mój drugi zarzut, odnosi się do realiów. Mianowicie, jak już wspomniałem, całe to uniwersum, wygląda jak Japonia. Nazwy, zwyczaje, przyroda i tak dalej. Mamy nawet tajemnicze Plemię (którego zdolności to jedyny element fantasy w całej powieści), które przywodzi na myśl ninja. Jak również prześladowaną przez Iidę, sektę pacyfistów, wyznających jednego Boga. Która we wszystkim wygląda jak chrześcijanie.
I tutaj niejednokrotnie mi zgrzytało zachowanie bohaterów. Zwłaszcza Otori Shigeru, niejednokrotnie zachował się w sposób, w jaki na pewno nie zachowałby się dziedzic klanu w feudalnej Japonii. Nie mówię, że głupio - właśnie zbyt mądrze i wyrachowanie. Nieco po europejsku, że tak powiem.
Nie tylko zresztą on, ale to w jego przypadku, najbardziej rzuciło mi się w oczy.
Aczkolwiek, tutaj muszę podkreślić, że może przesadzam. W końcu, ta książka nawet nie próbuje udawać, że jest powieścią historyczną. W takim wypadku, jest to do wybaczenia.

Podsumowując: jeśli nie przeszkadza wam takie nieco wolne tempo narracji oraz to, że w fantasy mało fantasy, śmiało możecie czytać. Ja się świetnie bawiłem i sięgnę po resztę Opowieści Rodu Otori.
Ostatecznie: 8/10.

5 komentarzy:

  1. Ooo, przypomniałeś mi - czytałem "Po słowiczej podłodze", potem kupiłem cztery kolejne książki tej autorki (Opowieści rodu Otori t. 2 i 3 + Opowieść o Shikanoko), odłożyłem do szafy i zapomniałem :D Chyba czas wyjąć, chociaż ostatnio siedzę raczej w polskiej fantastyce.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zdążyłem już przeczytać "Po słowiczej podłodze" i następny. I muszę Ci powiedzieć, że Shigeru Otori wydaje mi się znacznie ciekawszy, niż Takeo. Może bym to inaczej odbierał, gdybym czytał we właściwej kolejności, ale ta książka jak dotąd wydała mi się najlepszą z całej serii.

      Usuń
    2. PS. Do tego stadium, by całkiem zapomnieć, że mam jakąś książkę to nie dotarłem :D

      Usuń
  2. Czytałam!!! Coś pięknego!!! Bardzo mi się spodobało. Fabuła ciekawa jak dla mnie.

    Fajnie piszesz recenzje. Ciekawe i zarazem obiektywne.

    OdpowiedzUsuń