środa, 13 lutego 2019

10 książek science-fiction, które NIE są na bakier z nauką

Może ja jestem dziwny, ale zawsze mnie denerwowało, gdy książka, która mieni
się science-fiction, ze swoim pierwszym członem, ma niewiele wspólnego.
Oczywiście, ktoś tutaj mógłby powiedzieć, że zaraz, przecież mowa, jakby nie patrzeć, o literaturze pięknej. Artyście wolno więcej, niż naukowcowi i tak dalej.
Zgoda. W końcu nawet lubię Gwiezdne Wojny (spuśćmy zasłonę milczenia na ostatnią część), mimo, że są pełne rażących błędów. Planety wybuchające z hukiem w kosmosie, Han Solo, który liczy czas w parsekach, czy statki latające w kosmosie cały czas z włączonym silnikiem, to tylko czubek góry lodowej. A mimo to te filmy (no dobra, większość) bronią się, bo historia jest fajna.
Tym niemniej, cenię bardzo, jak autor, który pisze coś, co określa jako science-fiction, nie pisze bzdur. A przynajmniej się stara. Oczywiście też, trzyma się jakiejś wewnętrznej logiki w tym stworzonym świecie i te odstępstwa od praw natury jakoś tam uzasadnia, ale to chyba oczywiste.
Dlatego każdego, kto ceni sobie rzetelność w tego rodzaju książkach, zapraszam do lektury tego zestawienia.
Kolejność jest całkowicie przypadkowa. Książki oczywiście nie oceniam równo, ale wyjaśnię zawsze przy konkretnej pozycji dlaczego, tak, nie inaczej.

Patricia Anne McKillip. Zapomniane bestie z Eldu

Nie wiem, czemu tak długo nie czytałem tej książki, bo po raz pierwszy
usłyszałem o niej już dość dawno temu (chyba wczesne lata dwutysięczne). W każdym razie, gdy w końcu trafiłem na nią w dobrej cenie, to zgarnąłem.
Książka Zapomniane bestie z Eldu, Patricii McKillip była częścią serii Andrzej Sapkowski Przedstawia. Serii dosyć nierównej, ale były tam też takie perełki jak ta.
Pan Andrzej uznał zresztą tę książkę za tak wartościową, że dołączyła do jego kanonu fantasy. Sam chciałbym ten kanon poznać w całości, dlatego tym bardziej sięgnąłem. Po lekturze, pora na podzielenie się paroma wrażeniami.

Cóż, przede wszystkim, ta książka ma w sobie coś z takiego nieco baśniowego klimatu. Szczególnie widać go na początku, jak również na końcu. Jednak, w pewnym stopniu utrzymuje się on podczas trwania całej historii.

piątek, 8 lutego 2019

Arcybiskup i turbolechici

Nie sądziłem, że cokolwiek tutaj napiszę o turbolechitach. Przede wszystkim dlatego, że chociaż posiadam odpowiednią wiedzę, by krytykować tych oszołomów (czasem naprawdę wystarczy taka na poziomie wyedukowanego licealisty), to jednak są inni, którzy na pewno robią to o wiele lepiej (jak Paweł z Se czytam, na przykład). Trafiłem jednak na taki absurd, że muszę. Inaczej się uduszę :D.

Zacznijmy może od początku. Mój kolega, bardzo gorliwy katolik, naprawdę zachwalał książkę arcybiskupa Jana Pawła Lengi. Zaciekawił mnie tym na tyle, że poszukałem nieco informacji o tym księdzu i samej książce. Zatem, do rzeczy.

Ten hierarcha, przez trzydzieści lat, pracował w Kazachstanie i jest uznawany za bardzo zasłużonego dla Kościoła w Azji Środkowej. Dopiero jakoś w 2011 roku, przeszedł na emeryturę. Wówczas zamieszkał w Domu Księży Marianów w Licheniu.

Tyle na temat samego biskupa, jak ktoś ciekaw, to może sobie poszukać czegoś więcej. Jednak, podczas szukania informacji odnośnie publikacji tego biskupa natrafiłem na... Ale o tym może na końcu. Bo kluczowy tutaj jest fakt, że publikacja tego hierarchy zaciekawiła mnie na tyle, że nawet ją przeczytałem.
Wobec tego, na początku, chciałbym się podzielić paroma wrażeniami na temat tejże książki. Zaprawdę powiadam wam, są iście nieziemskie :P.

środa, 30 stycznia 2019

Laura Gallego Garcia, Tam, gdzie śpiewają drzewa

Z panią Laurą Gallego Garcia, zetknąłem się już dobre parę lat temu. Szukałem wtedy jakiejś ciekawej
książki, napisanej w języku hiszpańskim, najlepiej oczywiście fantasy, by podreperować mój kulawy język.
Gdybym nie mój specjalny wysiłek w tym kierunku, zapewne bym się w ogóle z jej twórczością nie zetknął.
Jednak, jak mawiał klasyk "szukajcie, a znajdziecie". Sprawdziło się i trafiłem na serię Memorias de Idhun, napisaną właśnie przez tą panią. Fabuła wydawała się być okej, część tomów wydano też w Polsce, dlatego skusiłem się i przeczytałem.
Wspomnienia z tej lektury mam bardzo dobre - książki może bez wielkich fajerwerków, ale całkiem przyjemne i na swój sposób oryginalne. Dlatego, poleciłbym je każdemu. W Polsce wydano je jako Kroniki Idhunu.
Dlatego, gdy jakiś czas temu, znalazłem w księgarni inną książkę tej pani - Tam gdzie śpiewają drzewa, nie zastanawiałem się długo i kupiłem. Więc, teraz pora na kilka wrażeń z lektury.

Jeśli chodzi o samą fabułę, to wielkiej oryginalności w niej nie odnajdziemy. Główna bohaterka, Viana de Rocagris jest jedyną córką księcia Corvena. Tenże książę, jest wysokiej rangi arystokratą, w królestwie Nortii, które przeżywa właśnie okres świetności.
Wszystkim żyje się dobrze, a Viana oczekuje na ślub ze swoim narzeczonym, księciem Robianem de Castelmar. Z którym małżeństwo zostało ustawione, ale szczerze się kochają.
Jak się zapewne domyślacie, całą tę idyllę, musiał szlag trafić.

środa, 23 stycznia 2019

1968. Od Wietnamu do Meksyku. Czyli włoska dama w podróży

Nareszcie udało się zasiąść do tej recenzji ;). Nowy Rok zacząłem z reportażem,
zdecydowanie nie byle jakim. Ciężko mi się pisało tę notkę, bo mogę zostać posądzony o stronniczość. Dlatego, na wstępie zaznaczam, że tak, do autorki mam wielki sentyment i jest jedną z moich ulubionych. Tym razem chciałbym przedstawić książkę, która dotąd mi umykała, ale teraz w końcu mi się udało. Mianowicie 1968. Od Wietnamu do Meksyku.


Natomiast, o samej autorce zapewne niejedna osoba słyszała, bo mam na myśli niedawno zmarłą, Orianę Fallaci.
Jednak wiele osób zna ją zapewne tylko z krytyki islamu, którą odważnie głosiła pod koniec swojego bogatego życia. Jak Hitchens, o którym już tutaj kiedyś pisałem, ta włoska dama, była niezwykle wyrazistą postacią. Mimo otwarcie deklarowanego ateizmu, nie bała się mówić wprost o zagrożeniach, jakie niesie ze sobą islam. Respektowała także rolę chrześcijaństwa, jako istotnego składnika cywilizacji europejskiej.
Dlatego, w wielu kręgach lubiana nie jest. Nawet jednak jej zajadli krytycy (czy jak ich pieszczotliwie nazywała, cykady), nie byli w stanie odmówić jej, że dziennikarką i pisarką była świetną.

Widziała wiele wojen XX wieku i rozmawiała z wielkimi tego świata. Przy tym, potrafiła je opisywać niezwykle plastycznie i z charakterystycznym dla niej "pazurem".

wtorek, 15 stycznia 2019

Mercedes Lackey, Trylogia Ostatniego Maga Heroldów

Miałem pewien problem z tym wpisem. Myślałem, czy może nie opisać tej trylogii w osobnych notkach, każda jedna na tom, ale przyznaję, że nie dałbym rady. Stąd ocena zbiorcza, jak kiedyś. Teraz ocenianie w osobnych częściach wydaje mi się lepsze, ale w tym wypadku bardziej odpowiednio będzie w ten sposób.

Poprzednio już opisywałem tutaj Trylogię Magicznych Wichrów, autorstwa Mercedes Lackey. Teraz przyszła pora na zrecenzowanie Trylogii Ostatniego Maga Heroldów. Wydarzenia w niej opisane, mają miejsce na wiele stuleci przed narodzinami bohaterów z Trylogii Magicznych Wichrów, ale w tym samym uniwersum. A nawet państwie - Valdemarze. Jeśli ktoś jest zainteresowany kim są Heroldowie Valdemaru i Towarzysze, odsyłam do pierwszej notki tyczącej tego wielkiego cyklu.

Trylogię Magicznych Wichrów, mimo pewnych wad, oceniam całkiem wysoko. Wydarzenia w tym podcyklu, dotyczą postaci, wspominanej tam nieraz. Wspominanej z czcią i respektem. Dlatego, miałem nieco wysokie oczekiwania odnośnie tej trylogii. Cóż, nieco się rozczarowałem. Zaraz przybliżę, dlaczego.

W tym miejscu wypada mi ostrzec, że w tekście mamy nieduże spoilery, odnośnie treści trylogii i całego uniwersum. Jeżeli jest to dla kogoś problem, to może niech najpierw przeczyta poprzednie notki. Albo książki z Trylogii Magicznych Wichrów, mimo pewnych wad, mimo wszystko polecam.




czwartek, 10 stycznia 2019

Mercedes Lackey, Wiatr Furii

Po średnio udanej drugiej części Trylogii Magicznych Wichrów - Wietrze Zmian,
autorstwa amerykańskiej autorki Mercedes Lackey, pora zabrać się za tom trzeci.
Jeśli nie czytaliście recenzji poprzednich części tej całkiem udanej sagi, zapraszam do lektury pierwszej. Wówczas łatwiej zdecydujecie, czy chcecie w ogóle zabierać się za następne. Tam też znajdziecie bardziej rozszerzone opisanie realiów tamtego świata.
Tutaj tylko wspomnę, że ta Trylogia jest częścią znacznie szerszego cyklu o Valdemarze, obejmującego wiele lat. Poszczególne podcykle można spokojnie czytać osobno, choć lepiej może jednak po kolei.

Tyle, jeśli chodzi o wstęp.Odnośnie samej treści, od razu powiem, że Wiatr Furii podobał mi się znacznie bardziej, niż Wiatr Zmian. Powiedziałbym, że nawet trzyma poziom pierwszego tomu. Chociaż tutaj zaznaczę, że niektóre rzeczy mniej mi pasowały. Zacznijmy może od pozytywów. Oraz, rzecz jasna nakreślenia jakiegoś, gdzie i kiedy książka nas zabiera.