wtorek, 18 czerwca 2019

Pętlowa grawitacja kwantowa: Carlo Rovelli, Rzeczywistość nie jest tym, czym się wydaje

Strasznie ciężko było mi szło skończenie tego wpisu. Po raz kolejny okazało się, że łatwiej na coś narzekać, niż opisać coś, co bardzo mi pasuje.
Poza tym, przez długi czas, ciężko w ogóle było mi się zabrać za napisanie jakiejkolwiek notki. Dlatego, cieszę się, że udało się skończyć tę i z przyjemność oddaje do użytku publicznego.
Już jakiś czas temu, skończyłem czytać książkę, autorstwa włoskiego fizyka, pana Carla Rovelliego.
Tenże Carlo Rovelli jest jednym z wiodących fizyków, którzy zajmują się skomplikowanym zagadnieniem, jakim jest unifikacja teorii grawitacji i kwantów. Zadaniem, nad którym fizycy biedzą się w zasadzie od lat 20tych.
Trafiłem na jego książkę, bo ostatnio, z pewnych przyczyn, bardziej zagłębiłem się w ten temat. Natrafiłem na książkę pana Rovelliego, napisaną dla fizyków - jedną z najlepszych w tym temacie, na ile się orientuje.
Jednak, przy okazji dowiedziałem się, że napisał on również książkę przeznaczoną dla bardziej szerokiej publiczności, zatytułowaną Rzeczywistość nie jest tym, czym się wydaje. Jest to w zasadzie jedyna, licząca się, większa pozycja, próbująca przybliżyć to zagadnienie niespecjalistom. Podkreślam, że mówię tutaj o rynku światowym, na polskim, o ile wiem, konkurencji na pewno nie ma. Zatem, postanowiłem podzielić się paroma wrażeniami po lekturze - być może ktoś skorzysta.

sobota, 15 czerwca 2019

Film Tolkien

Nigdy tu o filmie nie pisałem z kilku powodów. Po pierwsze, nie za bardzo lubię
filmy w ogóle oglądać. Generalnie uważam, że książki są dużo lepsze albo nawet jakikolwiek ruch :P.
Po drugie, nie za bardzo się na tym znam. Mogę jedynie powiedzieć, czy mi się podobało, czy nie podobało.
W tym wypadku, zrobię wyjątek. Darzę wielką atencją twórczość J.R.R. Tolkiena, zatem na film poświęcony wczesnym latom jego życia pójść musiałem. Skończyło się na tym, że postanowiłem się tu uzewnętrznić. Bo o życiu tego brytyjskiego pisarza coś niecoś wiem. A emocje są za duże.
Zatem, jak ktoś nie widział filmu Tolkien, w reżyserii pana Dome Karukoskiego, w tym momencie muszę ostrzec, że dalej czyta na własną odpowiedzialność. Natomiast, jeśli chce odpowiedzi, czy pójść na ten film, to odpowiem krótko - można. Pod warunkiem, że ma się jakieś pojęcie, jak życie pana Tolkiena wyglądało. Jeśli za bardzo się o tym nie wie, to występują dwa powody, dla których tego nie należy robić:

1. Ciężko będzie się połapać, zwłaszcza, jeśli chodzi o nawiązania do twórczości.
2. Wyniesie się nieprawdziwy, a przynajmniej mocno skrzywiony obraz tego wybitnego pisarza.

Mówiąc bardziej wprost... Mimo, że film miał też niemało dobrych momentów, odczucia mam raczej mieszane.

niedziela, 26 maja 2019

Lian Hearn, Sieć Niebios. Czyli niezła prawie-Japonia


Japonia fascynowała mnie jeszcze od liceum - kiedy przeczytałem Shoguna,
autorstwa niezrównanego Jamesa Clavella. Brytyjczyk doskonale odmalował całą złożoność świata feudalnego Kraju Kwitnącej Wiśni i od tego czasu nieraz zdarzało mi się sięgać po coś w tym klimacie.
Kiedyś nawet japońskiego się uczyłem. Muszę jednak zaznaczyć, że współczesna (poza przyrodą), aż tak wielkiego mojego zaciekawienia nie budzi. Ale o feudalnej prawie zawsze chętnie poczytam.
Jednocześnie, zaznaczam, że znacznie bliższa jest mi Europa i jakimś maniakiem Kraju Wschodzącego Słońca nigdy nie byłem. A już bycia fanem mangi stanowczo imputować mi nie należy. Tym niemniej, sentyment do Japonii feudalnej mam spory.
O co chodzi w tym wstępie? Ano, o to, że kiedy ostatnio byłem na kiermaszu książkowym, rzuciła mi się w oczy, ładna, zielona okładka z samurajskim mieczem na okładce. Oczywiście, sięgnąłem, tytuł wydawał się dość ciekawy. Autorki nie znałem. Cóż, okazało się, że strzeliłem całkiem dobrze.
Sieć Niebios jest piątym i ostatnim tomem cyklu Opowieści Rodu Otori, autorstwa pani Gillian Rubinstein (publikującej pod pseudonimem Lian Hearn). Zarazem jednak, jest to tom pierwszy, ponieważ opisane tam wydarzenia mają miejsce przed resztą cyklu. Nie wiem, czemu nie wydano tego po prostu jako prequel, ale już mniejsza z tym. Ważne było, że można było zacząć  lekturę od tej książki, co też uczyniłem.

Steven Ericsson, Cena Szczęścia

Pana Stevena Eriksona poznałem jakiś czas temu, jako całkiem niezłego autora fantasy. Przeczytałem tylko część pierwszą Malazańskiej Księgi Poległych (Ogrody Księżyca) i chociaż zachwycony nie byłem, to nie byłem też zły, że w ogóle po to sięgnąłem.
Tragedia to nie była, mimo, że daleko mi do zachwytów, jakie niektórzy wznoszą nad jego twórczością.
Wrażenia były jednak całkiem pozytywne, a słyszałem, że po pierwszym, nad wyraz chaotycznym tomie tej sagi, jest lepiej. Kiedyś (mam nadzieję, że w tym roku) nadrobię.
Dlatego, gdy zobaczyłem, że ten kanadyjski autor, napisał powieść science-fiction, opowiadającą o pierwszym kontakcie, od razu chciałem to dorwać. Byłem bardzo ciekaw, jak ten całkiem dobry autor fantasy, poradzi sobie w konwencji fantastyki naukowej.
Niestety, muszę powiedzieć, że Cenie Szczęścia, uwidaczniają się największe wady, które tak psuły mi przyjemność, płynącą z lektury Ogrodów Księżyca. Poza tym doszły dodatkowe zgrzyty - ten pan ewidentnie średnio sobie radzi ze science-fiction.
Tyle słowem wstępu, teraz chciałbym przedstawić szerzej, co dokładnie mi tam nie podeszło.

czwartek, 16 maja 2019

Ed McDonald, Czarnoskrzydły - Księga I, Znak kruka

Rzadko mam taki problem z oceną danej książki. W tym wypadku jest iście
paskudny - z jednej strony jestem pod pewnym wrażeniem, z drugiej strony, czuję pewien niesmak. Zatem po kolei.
Na książkę pana Edwarda McDonalda trafiłem w dużej mierze dzięki Pawłowi z Seczytam. Co prawda, migała mi ona już gdzieś wcześniej, ale raczej bym jej nie zgarnął, gdyby nie zachęty od Pawła.
Nawiasem mówiąc, wiem, że autor zarówno przedstawia się jak i podpisuje na okładce jako "Ed", ale strasznie nie lubię stosowania takich skrótów w oficjalnym obiegu. Jakoś mi ten "Ed" nie chce przejść przez klawiaturę :P. Strzelam, że autor nie chce być kojarzony ze Zmierzchem.

Zatem, przejdźmy do tego, o czym w zasadzie książka jest, bym mógł porządnie wyjaśnić, co mi w niej nie odpowiada.

wtorek, 14 maja 2019

Sir Walter Scott, The Lady of the Lake - Czytamy klasykę #1

Loch Lomond (ten sam rejon i klimat, co Loch Katrine)
W ramach powrotu, wrzucam kolejny post, mianowicie swoje wrażenia po pierwszej części z wyzwania czytelniczego.
Tę książkę momentami czytało mi się naprawdę ciężko i długo. Mimo wszystko, uważam, że było warto.
Już jakiś czas temu wspominałem, że chciałbym zapoznać się więcej z twórczością sir Waltera Scotta, po wyjątkowo dobrych doświadczeniach z powieścią Ivanhoe.
Zatem, gdy Kirima z Misieczytaniepodoba, ogłosiła wyzwanie czytelnicze "czytamy klasykę", to uznałem, że jest to doskonała okazja, do przeczytania którejś z jego książek.
Wybrałem wariant "klasyk - dwa miesiące". Jak każdy chyba wie, teraz jest maj, więc nieco dawno. Tym niemniej, spełniłem warunki, przeczytałem wybrane książki kiedy trzeba. Tylko wpisów stosownych zabrakło, z racji tego, że na jakiś czas, to w ogóle wpisów zabrakło. Zatem, stwierdziłem, że czas to zaniedbanie nadrobić i wrzucam pierwszą część z wyzwania czytelniczego.
Dobrze, koniec mojego smęcenia, przybliżę dlaczego tak ciężko szło mi czytanie tego wybranego dzieła.

poniedziałek, 13 maja 2019

Brandon Sanderson, Z mgły zrodzony

Nieco mnie tutaj nie było. Ostatnio miałem nieco ciężko. W sumie to nadal mam, ale
uznałem, że bloga muszę wskrzesić - trzeba się jakoś bardziej konstruktywnie, nie licząc czytania, oderwać od chwilami paskudnej rzeczywistości. Ostatnio zresztą nieco podładowałem baterie, także, miejmy nadzieję, będzie lepiej.
Także wracam - mam kilka recenzji do wrzucenia po doszlifowaniu. Poza tym, parę tekstów o nieco innej, niż książkowa tematyce :P.
Miałem problem, którą notkę wrzucić najpierw. Po pewnym namyśle, postanowiłem, że może zacznę od streszczenia moich wrażeń po lekturze książki Brandona Sandersona, Z mgły zrodzony.
Tak tylko wyjaśnię, że jest to moje pierwsze poważniejsze zetknięcie z prozą tego pana. Co prawda, wcześniej czytałem kontynuację Koła Czasu Roberta Jordana, napisaną właśnie przez Sandersona, ale jednak, to nie to samo, co czytanie własnego utworu danego pisarza.
Kiedyś czytałem również Elantris, ale z pewnych względów nie dokończyłem. Także, również nie do końca się liczy :P.
Dlatego byłem bardzo ciekaw, czego się spodziewać po tym opasłym tomiszczu, na dodatek będącym zaledwie pierwszym tomem sześciotomowego cyklu (na razie, w planach rozwinięcie).