Strony

Warto zajrzeć (nie tylko o książkach):

sobota, 29 września 2018

Sztampowe fantasy, czyli Michael Sullivan i jego kroniki Riyrii

Do twórczości Michaela Sullivana przymierzałem się przez dobrych kilka lat.Kroniki Riyrii, to prequel w formie trylogii do Odkryć Riyrii, dzięki którym autor stał się sławny. Sullivan na wstępie zapewniał, że można czytać zarówno w porządku publikacji, jak i chronologicznym, a ja wybrałem ten drugi. Na co wpływ miała dobra promocja od Maga :P.

Dopiero teraz jednak, sięgnąłem w końcu po jego książki.

Zazwyczaj wolę oceniać cały cykl, ale w tym wypadku postanowiłem rozbić recenzję na dwie. Stoi za tym konkretny powód. Otóż, pierwsze dwie części Kronik, są luźno, ale jednak ze sobą powiązane. Ostatnia, Śmierć w Dulgath, nie ma w ogóle prawie żadnego związku z poprzednimi wydarzeniami, poza osobami głównych bohaterów. Jest to w zasadzie osobna powieść, spokojnie dałoby się ją czytać bez znajomości innych książek z cyklu. Chociaż, oczywiście lepiej to zrobić po zapoznaniu się z bohaterami. Dobra, dosyć przynudzania, na razie Wieża Koronna oraz Róża i Cierń, czyli dwie pierwsze powieści z Kronik.
Głównymi bohaterami są Hadrian Blackwater i Royce Melborn. Hadriana poznajemy już na początku Róży i Ciernia i przez większość książki akcja jest opisywana z jego punktu widzenia. Nawet  w następnym tomie, wciąż, już znacznie mniejszą przewagę ma Blackwater, rzadziej mamy okazję wejrzeć co się kotłuje w mózgu Melborna.
Obaj bohaterowie nie są zdecydowanie z papieru, pan Sullivan dość plastycznie opisuje ich psychikę i dość mocny charakter. Z tym, że obaj protagoniści są zwyczajnie przerysowani.
Hadrian jest wojownikiem, dość młodym, ale już zdążył przeżyć tyle bitew i odbyć tak wiele płatnych walk na arenach, że posiada umysł znacznie starszego człowieka. Oczywiście, bo jakże by inaczej, świetnie walczy. Dla naszego bohatera sześciu przeciwników to fraszka. Przy tym, zmęczony rozlewem krwi, nie lubi zabijać. Jest zaskakująco wręcz dobry i naiwny, zawsze szuka w innych lepszych stron.
Royce jest jego zupełnym przeciwieństwem. To zwyczajny przestępca, złodziej i morderca. Potrafi zabić człowieka bez zmrużenia oka, śmierć zresztą wydaje się jego ulubionym rozwiązaniem. Każdą spotkaną osobę z miejsca podejrzewa o jakieś nieczyste intencje. Jednak, trzeba przyznać, że ten oprych ma swój honor, zawsze dotrzymuje przyrzeczeń. Potrafi też stanąć w obronie człowieka, na którym mu zależy. Mimo, że zbyt wielu to ich nie ma
Wieża Koronna zasadniczo opowiada o tym, jak Royce i Hadrian się poznali. Zostali wynajęci do specjalnej misji, która polegała właśnie na włamaniu do  twierdzy o tej nazwie, należącej do głównej religii w tamtym świecie, mocno wzorowanej na katolicyzmie.
Oczywiście, jak można się było spodziewać, nasi bohaterowie średnio się dogadują. Jednak, bandzior Royce ostatecznie przekonuje się do Hadriana, gdy okazuje się, że wojownik jest rzeczywiście autentycznie szlachetny i bezinteresownie mu pomaga. Przepraszam za spoiler, ale w zasadzie, czego się spodziewaliście? Jedna z większych wad tej książki polega właśnie na tym, że część akcji można naprawdę łatwo przewidzieć.
Aha, niestety zostają nam ujawnione motywy zleceniodawcy naszego żołnierza i oprycha. Niestety, bo są wręcz idiotyczne i nie mają sensu. Serio, ta książka byłaby lepsza bez tego.
Równocześnie mamy wątek Gwendolyn deLancy, młodej kobiety, zmuszonej do pracy w podłym domu publicznym. Dziewczyna próbuje poprawić swój los, co jest mniej ciekawy, niż drugi wątek i nie ma z nim żadnego związku. Oczywiście, wątpię, by kogokolwiek zaskoczyło, że losy tej trójki splatają się pod koniec.
Taka właśnie jest Wieża Koronna. Dość przewidywalny ogólny zarys zakończenia, nieco przerysowani bohaterowie. Chociaż, żeby nie było, że tylko narzekam. Może i ostateczne rozwiązanie, a przynajmniej jego zarys, jest łatwy do przewidzenia, ale różne przygody bohaterów po drodze, potrafią mocno zaskoczyć. Jest trochę humorystycznych akcentów, nie wrzuconych w nachalny sposób. Przy tym, zwyczajnie przyjemnie się czyta. Dlatego, nie jestem pewien, czy trochę nie krzywdzę tej książki, ale dam 6/10. Niezła, tylko tyle, ale nie wychwalam pod niebiosa.
W drugim tomie, Róży i Cierniu, ponownie spotykamy Royce'a i Hadriana oraz Gwen. Dwaj mężczyźni pracują razem i można ich uznać za kogoś w rodzaju przyjaciół. Wciąż jednak próbują nauczyć siebie nawzajem, Royce Hadriana cynizmu, a Hadrian bandziora większej wiary w ludzi. Nieco to momentami śmieszne.
Cała fabuła zasadza się głównie na tym, że Gwendolyn ma kłopoty, a naszych dwóch wspólników chce jej pomóc. Jej kłopoty są spowodowane tym, że jedna z pracujących razem z nią dziewcząt, znalazła się w niewłaściwym miejscu i czasie. Tym samym, wplątała się w intrygę na najwyższych szczytach władzy,  w spisek dotyczący samego króla Melengaru, królestwa w którym dzieje się akcja tej części. Mamy więc też wątki z siedziby monarchy. Wątek Reubena, nieco nieporadnego kandydata do gwardii królewskiej, który również nieco przypadkiem wpadł w intrygę, jest średni. Niby ciekawy, ale nie da się w zasadzie jakoś kibicować temu bohaterowi, tak bardzo jest nijaki. Drugi wątek, znacznie ciekawszy, prowadzony jest z punktu widzenia samego władcy, króla Amratha. Monarcha jest krewkim, pełnokrwistym człowiekiem, nieco zmęczonym użeraniem się z arystokracją. Nie sposób w zasadzie go nie polubić.
Wszystkie te wątki oczywiście nieraz się krzyżują że sobą. Całość jest naprawdę ciekawa, zwroty fabuły nie zawsze oczywiste. Zakończenie jest nieco przewidywalne, ale nie do końca, rozwiązania wielu intryg zaskakują. A źli ludzie, mogą niekoniecznie tacy być naprawdę. I vice versa.
Niestety, zakończenie jest takie, że aż prosi się o kontynuację, parę spraw oczekuje na rozwiązanie. Jak jednak wspominałem następna część prawie w ogóle nie ma związku z poprzednią, poza osobami niektórych bohaterów. Wygląda to tak, jakby autor chciał kontynuować, ale się rozmyślił i napisał coś zupełnie innego. A potem, nieco na wyrost, dołączył do poprzednich dwóch książek, bo w końcu trylogia miała być.
Dlatego kusi mnie, by trochę za to obniżyć ocenę. Jednak, może trochę przesadzam, więc daje 8/10. Nieco na wyrost, ale niech już będzie.
Jak ocenić dwie książki jako całość? Niewątpliwie duży plus, za ładne wydanie, estetycznymi, twardymi okładkami. Ponadto Kroniki Riyrii są naprawdę tanie, o ile kupimy je w pakiecie. Dlatego, ostatecznie daje 7/10. Po prostu dobre książki.

4 komentarze:

  1. Kuszą mnie właśnie przez cenę i jak kupię to, co mam w planach, a oferta nie zniknie to pewnie do mnie trafią. :) Kuszą treścią i okładkami. Jakoś ostatnio czytuje stosunkowo mało takiego "zwykłego" fantasy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Istnieje sporo lepszego "zwykłego" fantasy, no, ale, jak napisałem, nie można też uznać, że czytanie tego to strata czasu :P. Być może na moją ocenę rzutowało przekonanie, że jednak taki oprychy jak ten Royce to powinny trafiać na szubienicę albo do więzienia, a nie chodzić sobie po swiecie, jak w tej książce

      Usuń
    2. Ale mało które tego typu fantasy jest sprzedawane w takiej cenie od razu w pakiecie, a ja mam problem z kompletowaniem książek. XD Często zbieram je latami, jeśli przypadkiem nie dostanę ich w jakiś sposób.

      Usuń
    3. Pewnie, znam problem, dlatego w ogóle po to sięgnąłem - cena jednak bardzo atrakcyjna

      Usuń