Warto zajrzeć (nie tylko o książkach):

wtorek, 25 września 2018

Mark Hodder Przedstawia: Burtona i Swinburne'a w dziwnej sprawie Skaczącego Jacka

Zazwyczaj nie opisuje tutaj książek, które przeczytałem już dawno temu. Jednak, Paweł z seczytam, przypomniał mi o jednej, którą przeczytałem już jakiś
czas temu. Z tego, co widziałem, nie jest jakoś specjalnie popularna, toteż postanowiłem sobie odświeżyć niektóre fragmenty i tutaj wrzucić. Dziękuje Pawle za przypomnienie o tej lekturze ;).
Zacznijmy od tego, że raczej nie przepadam za stempunkiem. Dlatego, w normalnych okolicznościach, raczej bym jej nie kupił. Jednak, parę lat temu, udało mi się ją dostać na jakimś konwencie za śmieszne pieniądze. Albo nawet zupełnie za darmo, nie pamiętam już :P. Poza tym, jestem nieuleczalnym anglofilem, więc tym chętniej się na to skusiłem.
Nie mogę powiedzieć, by mi się nie spodobała, ale nie byłbym sobą, nie mogąc nieco się nad nią poznęcać, zwłaszcza, że sposób przedstawienia niektórych kwestii, jest naprawdę głupi.
W takim razie, słowo wprowadzenia. Jak w prawie każdej steampunkowej powieści, mamy nasz świat, który z jakiś względów uległ zmianie i rozwój technologiczny potoczył się zupełnie inaczej, co pociągnęło za sobą również inne zmiany.

W tej, nie mamy żadnego wyjątku. Mamy rok 1861, większość wydarzeń, które znamy z historii, miała miejsce (zaraz przejdę do tego, które nie). Natomiast technologia, poszła w nadspodziewanym kierunku. Mamy kolej atmosferyczną , nowatorski pomysł Isambarda Kingdoma Brunela, który, w tej rzeczywistości, został zrealizowany z pełnym rozmachem, tak jak marzył genialny konstruktor. Było to możliwe, dzięki specjalnej rasie bydła, którego skóra była bardziej odporna na warunki atmosferyczne i szkodniki (taka istotnie była przyczyna fiaska tego projektu Brunela, części zrobione ze skóry, były zbyt nietrwałe).
W naturalny sposób nasuwa się więc pytanie o pochodzenie tej rasy bydła. Odpowiedź jest długa, a w niej zawiera się jeden z moich największych zarzutów wobec tej książki.
Otóż, w tym świecie, mamy do czynienia z jakąś rozbuchaną inżynierią genetyczną. Serio, w tym Londynie, ulice są sprzątane przez specjalne kraby, które zjadają nieczystości, a wiadomości są przenoszone przez wyjątkowo inteligentne psy i papugi. Nie jest to koniec tej dość rozwiniętej listy, ale już robi wrażenie, prawda? Uczeni, którzy tworzą takie stwory, są nazywani eugenikami, a ich przywódcą jest Francis Galton, kuzyn Darwina. Eugenicy toczą ciągłe "boje" z technokratami, którymi dowodzi Isambard Brunel.
Wytwory technokratów, wcale mnie nie rażą. Brunel był naprawdę geniuszem technicznym i wiele z opisywanych tu wynalazków, miałoby możliwość jakoś zaistnieć, może nie dokładnie w takiej formie, ale nie są to rażące zaniedbania. Oczywiście, są wyjątki, jak "rotofotel", czyli fotel napędzany parą i potrafiący latać. Inżynierem nie jestem. Nie wydaje mi się, by samo skonstruowanie czegoś takiego, było niemożliwe. Jednak, na pewno nie w takiej formie jak tutaj. Za dużo węgla, byłoby potrzeba, by wytworzyć tyle pary, by się to opłacało i tak dalej. Jednak, mimo wszystko, nie jest to coś, co strasznie kłuje w oczy. Ba, zapewne komuś, kto nie jest czepialskim draniem, jak ja, zapewne wcale by nie wadziło.
Jednak, tych eugeników naprawdę zdzierżyć nie mogę. Ja wiem, że Francis Galton, przewyższał swoją epokę. Jak wielu innych uczonych z tamtych czasów. Jednak, panie Hodder, jeśli chciał mnie pan przekonać, że w XIX-tym stuleciu byłyby możliwe takie modyfikacje na organizmach  żywych (nawet przy pewnych założeniach, jakie pan przedstawił), jak pan raczył naskrobać, to chyba się panu nie udało. Za cholerę nie jestem w stanie przymknąć oczy na coś takiego, nawet z poczynionym tu założeniem, że znacznie wcześniej, dostrzeżono przełomową dla zrozumienia procesu dziedziczenia, pracę Gregora Mendla.
Jak się domyślacie, wiele wątków w tej powieści, ma w sobie istotne elementy tej osobliwej formy biotechnologii, co momentami, znacznie utrudnia przyjemność z czytania (przynajmniej mojej osobie). Mamy tu między innymi, wątek wilkołaków, będących owocem eksperymentów genetycznych. Tak, piszę z pełną powagą...
Kolejny zarzut jest  powiązany z tym, co już pisałem. Mianowicie, chodzi mi o sposób przedstawienie Charlesa Darwina. Obraz genialnego biologa, jaki wyłania się z kart tej książki jest zwyczajnie paskudny. Nie zdradzając szczegółów, robi z Darwina jakiegoś wyjątkowo paskudnego "eugenika" - kogoś, kto serio traktuje ten cały darwinizm społeczny i tak dalej.
Jest to wyjątkowa potwarz dla znakomitego i niezwykle przenikliwego uczonego oraz dobrego człowieka. Odkrywca teorii doboru naturalnego, był bardzo troskliwym mężem i ojcem. Nie paskudnym typem, jakim go tutaj go przedstawiono.
Może nawet przeszedłbym nad tym do porządku dziennego, bo autor niejednokrotnie bawi się tutaj, zmieniając nieco wydarzenia, czy charaktery postaci historycznych. Jednak, na końcu książki, mamy sprostowanie, jak niektóre sprawy naprawdę wyglądały. Nie ma odpowiedniej notki, tyczącej się postaci Darwina i Galtona (a jest, na przykład Brunela, czy sir Oskara Wilde'a). Uważam taki krok, za wyjątkowo obrzydliwy. Nie wiem, czy winne jest jakieś niedopatrzenie. Mam nadzieję, że tak, bo podkreślam, takie przedstawienie zasłużonego naukowca, uważam za społecznie szkodliwe. Poza tym, zwyczajnie kłamliwe, zupełnie zmienia charakter i poglądy. nieżyjącego człowieka, który nawet bronić się nie może.
Dobra, skoro już wylałem na tę książkę wiadro pomyj, warto wspomnieć, co mi się w niej podobało.
Przede wszystkim, dwójka głównych bohaterów. Pan Hodder, wybrał sobie na nich sir Richarda Burtona, angielskiego podróżnika i orientalistę oraz poetę, Algernona Charlesa Swinburne'a.
Burton był bardzo nietuzinkową postacią. Obdarzony wielkim talentem do języków (znał koło pięćdziesięciu), odwagą i ciekawością poznania świata, był jednym z tych, którzy czynili wielkim Imperium Brytyjskie. Pierwszy, w przebraniu Araba, wyprawił się do Mekki, próbował rozwikłać zagadkę źródeł Nilu i badał wiele rejonów Afryki. Przetłumaczył również na angielski, Baśnie Tysiąca i Jednej Nocy. Mimo tych i wielu innych zasług, sir Richard nie był łatwy w obyciu. Łatwo wybuchał i potrafił długo żywić urazę.
Natomiast Charles Swinburne, do dzisiaj pozostaje jednym z najbardziej docenianych poetów angielskich. Nawet mi się zdarzało coś go czytać, a zazwyczaj omijam wszelkie poezje szerokim łukiem :D. Mimo niewątpliwego talentu pisarskiego, również za "normalnego", nie może zostać uznany. Poeta, który nie bał się poruszać bardzo kontrowersyjnych tematów w swojej twórczości, był na przykładem dewiantem, któremu przyjemność sprawiał ból.
Jak widzimy, pan Hodder nie wybrał sobie nieciekawych bohaterów. Wykorzystał ich potencjał. Burton i Swinburne, na kartach tej książki, są naprawdę autentyczni, jestem w stanie uwierzyć, że tak nieraz naprawdę zachowaliby się prawdziwi. Doskonale uwypuklił i wykorzystał te ich cechy, które znamy z historii. Na przykład (uwaga, drobny spoiler), czy wyobrażacie sobie, cóż to za bezsens, torturować człowieka, który odbiera ból fizyczny jako pieszczoty?
Podobnie, jeśli chodzi o przyczyny. W tej książce, zdecydowanie najlepiej, jeśli chodzi o wszystkie znane mi utwory steampunkowe, wyjaśniono, dlaczego w zasadzie doszło do takiego skoku technologicznego.
Autor przy tym doskonale wykorzystał postać Skaczącego Jacka, straszydła, które nieraz pojawia się w opowieściach z epoki wiktoriańskiej. Tutaj mamy przekonującą genezę tego stwora. W ogóle, trzeba przyznać, że pan Hodder doskonale bawi się historią (z wyjątkiem sprawy, o której pisałem wcześniej).
Poza tym, warto nadmienić, że całą książkę, po prostu dobrze się czyta. Napisana jest barwnym, plastycznym językiem, mimo pewnych zgrzytów, bez problemu dajemy się porwać akcji.
Muszę dać kolejny wielki plus dla autora, ponieważ w książce po prostu czuć atmosferę lat 60tych XIX wieku. Mimo tego, że rzeczywistość jest nieco inna, Anglia pozostała Anglią ;).
Podsumowując: książka dobrze napisana, ciekawi bohaterowie i akcja. Są zgrzyty, jeśli chodzi o realia, czy konstrukcję fabuły, ale mimo wszystko, da się czytać, chociaż wybitna literatura to nie jest. Nie zaciekawiła mnie na tyle, bym szczególnie intensywnie szukał kolejnych części. Chociaż, jak się trafią, chętnie przeczytam. I mimo, że książki z tego cyklu, o ile wiem, można czytać osobno, to polecam najpierw zapoznanie się z częścią pierwszą. Domyślam się, że zaczynając lekturę od innego, niż pierwszy tom, możemy czuć się mocno zagubieni i nie wiedzieć, o co chodzi.
Ostateczna ocena: 7/10.

2 komentarze:

  1. A dzięki.

    Co do strony naukowej, a nawet wewnętrznej logiki, to już nauczyłem się od tego gatunku zbyt wiele nie wymagać :D

    Darwin miał kilka pomysłów/poglądów, które dziś mogą szokować. Przykładowo, był zwolennikiem pseudonaukowej teorii zwanej telegonią - tak tą samą telegonią, którą później wykorzystywali naziści, a dziś ich zwolenników znajdziemy m.im. wśród turbosłowian i turbolechitów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Owszem, ale nie on jeden. Może nie napisałem tego dość wyraźnie, ale wiele poglądów, dzisiaj oburzających dla większości, wtedy było normalne. Na tym tle, Darwin naprawdę wyprzedzał swoją epokę, na przykład z wyraźną sympatią pisał o Indianach w czasie podróży na HMS Beagle. Oczywiście, nie w każdym aspekcie, ale jego obraz przedstawiony w tej książce naprawdę jest paskudnie wypaczony. Swoją drogą, polecam jego biografię, autorstwa Johna Gribbina.

      Usuń