Warto zajrzeć (nie tylko o książkach):

niedziela, 16 września 2018

Kwantowe uzdrawianie, czyli o robieniu kurtyzany z fizyki


Jakiś czas temu, zetknąłem się z tak zwanym "kwantowym leczeniem". Jak to ja, zacząłem drążyć. Wtedy natrafiłem na taką ilość szkodliwych bzdur, że niejednokrotnie rozbolała mnie głowa, a i napić się potrzebowałem. Byłem tak wk*rwiony, że w końcu powstał ten tekst, bo nieco brakuje wyraźnej kontry. Co gorsza, sporo książek w tym temacie, krąży po księgarniach, ku mojemu przerażeniu, nieraz stojąc niedaleko od całkiem dobrych popularyzujących prawdziwą fizykę.

Zacznijmy jednak od początku, od wyjaśnienia, czym w zasadzie jest tak zwana "kwantowa medycyna". Odpowiedź jest bardzo prosta: altmedowym bełkotem, ubranym w naukowo brzmiące słownictwo. Co moim zdaniem jest znacznie groźniejsze, niż "standardowy" altmed. Bo ile grono ludzi, skłonnych uwierzyć w prozdrowotne picie moczu, czy też cudowne moce kwasu askorbinowego, nie jest na szczęście aż tak wielkie, to znacznie łatwiej nabrać się, gdy autor używa tak mądrze i "naukowo" brzmiących słów, jak "zasada nieoznaczoności", "kolaps funkcji falowej", czy "dualizm korpuskularno-falowy". Nie mówiąc już o ukochanej wręcz przez New Age "energii".

W dużym skrócie, mechanika kwantowa jest faktycznie przełomową teorią, która ze zdumiewającą dokładnością opisuje rzeczywistość. Warto chociażby wspomnieć o anomalnym momencie magnetycznym elektronu, czy przesunięciu Lamba, których wartości eksperymentalne, w zdumiewającym stopniu zgadzają się z przewidywaniami teoretycznymi. Dlatego, nikt przy zdrowych zmysłach, w żaden sposób nie neguje znaczenia tej teorii będącej owocem pracy, wielu bardzo wybitnych fizyków. Której odkrycia, nawiasem mówiąc, bardzo wpłynęły na rozwój dzisiejszej cywilizacji, bez zrozumienia zasad mechaniki kwantowej, nie stworzono by takich rzeczy, jak lasery, czy ekrany ciekłokrystaliczne, w które codziennie się wgapiamy. Również rozwój medycyny, nie dokonałby się bez pomocy mechaniki kwantowej, nie byłoby chociażby obrazowania metodą rezonansu magnetycznego, nie mówiąc już o wszelkich laserowych korekcjach narządów. Teoria ta opisuje rzeczywistość na tyle dobrze, że może być przydatna nawet w biologii.

Problem zaczyna się, gdy co niektóre oszołomy, próbują wyciągać daleko zbyt idące wnioski. Niektórzy z nich, co gorsza mają wykształcenie, które może sugerować pewne kompetencje. Jednym z najbardziej prominentnych w tym zidiociałbym gronie, jest niejaki Deepak Chopra. Ten człowiek, jest wykształconym lekarzem, który najwyraźniej stwierdził, że łatwiej będzie zgarnąć nieco kapuchy od miłośników medytacji i mantr, zamiast faktycznie zajmować się leczeniem ludzi. Jak widać, całkiem nieźle mu to wychodzi, napisał jakieś 75 książek,których niemałą część, przełożono na nasz język, dwadzieścia jeden, było bestsellerami New York Timesa. Oto próbka jego bełkotu, pochodząca z jego książki Młode ciało, ponadczasowy umysł, wydanej w 1993 roku:
Each assumption of the new paradigm, can be replaced with a more complete and expanded version of the truth. These new assumptions are also products of human mind, but they allow us to much more freedom and power. They give us thew ability to rewrite program of aging, that now directs our cells.
  1. The physical world, including our bodies, is a response of the observer. We create our bodies as we create the experience of our world.
  2. In their essential state, our physical body are created by energy and information not solid matter. This energy and information is outcropping of infinite fields of energy and information spanning the universe.
Przeanalizujmy to, bo w tych słowach można znaleźć większość z filozofii, która stoi tymi wszystkimi pseudoterapiami dotykiem, rodem z New Age. Otóż, ja widać pan Chopra, obiecuje nam, że zastosowanie tych jego nowych zasad, w odniesieniu do rzeczywistości, pozwoli nam "przeprogramować" nasze ciała, tak byśmy się nie starzeli. Geniusz, przecież kto nie chciałby przestać się starzeć?
"Życie bez starości" - coś chyba poszło nie tak, panie Chopra...
Nic tylko posłuchać, co dalej. Ano, po pierwsze mamy stwierdzenie, że cały obserwowany świat, tak naprawdę kreujemy my. Tak, pan Chopra dokładnie to ma na myśli. Zapewne, jeśli wystarczająco się skupię, stojąc na jezdni, to wcale nie oberwę rozpędzonym samochodem, kończąc z pękniętym kręgosłupem. Ale nie, przecież wystarczy tylko przeprogramować ciało, by się zrósł, więc w zasadzie, co za problem...
Po drugie na podstawowym poziomie, nasze ciało ma być manifestacją jakowyś nieskończonych pól energii i informacji, przenikających cały wszechświat. Chciałoby się spytać o dowody, ale zazwyczaj mija się to z celem. Za to, dość łatwo da się wyprowadzić, skąd takie idiotyczne wnioski zostały wyprowadzone.
Otóż, w roku 1975, fizyk Fritjof Capra, opublikował książkę Tao Fizyki, gdzie dowodził związków nowoczesnej fizyki ze wschodnim mistycyzmem. Świat naukowy przyjął ją z wielkim sceptycyzmem. Później coś naskrobię o samej książce, ale dla nas najważniejsze jest, że szury wszelakiej maści dostały pożywkę do swoich rojeń. To głównie bazując na wypocinach Capry, Chopra oskubał ludzi z kasy zaczął propagować "medycynę kwantową". Postaram się, w dużym skrócie, przedstawić, skąd takie wspaniałe wnioski zostały wyprowadzone.


Mianowicie, chodzi przede wszystkim o tak zwany, dualizm korpuskularno-falowy. W myśl mechaniki kwantowej, cząstki, mogą być opisywane nie tylko jako cząstki, ale i fale. Te dwa obrazy nie są ze sobą kompatybilne. Pomiar jednej wielkości, może wpływać na wynik pomiaru drugiej w przyszłości. W mechanice kwantowej, w ogóle nie jesteśmy w stanie operować konkretnymi wartościami, do przewidzenia. Mimo wszystko, rozkład statystyczny danej wielkości pozostaje taki sam. W skrócie rzecz ujmując, mechanika kwantowa, pozwala nam operować jedynie prawdopodobieństwami, przewidywać z jakim prawdopodobieństwem nastąpi dane zjawisko, na przykład elektron przejdzie przez barierę potencjału.
Niezależnie od swojej podwójnej natury, wiele obiektów opisywanych przez mechanikę kwantową, jest traktowanych przede wszystkim jako cząstki. Elektrony, protony, kwarki, nie mówiąc już o atomach, traktujemy przede wszystkim jako cząstki.
W "mechanice falowej", stworzonej m.in. przez Erwina Schroedingera, będącej współczesną wersją mechaniki kwantowej, falowe własności cząstek, są
reprezentowane przez tzw. funkcję falową, używaną do policzenia prawdopodobieństwa znalezienia cząstki w określonym położeniu. Kiedy zostaje dokonany pomiar i znamy jej pozycje z większą dokładnością, funkcja falowa, ulega "kolapsowi", jak na ilustracji poniżej.


Elektron opisuje funkcja falowa, na lewo od detektora. Gdy dokonamy pomiaru, położenie staje się znane. Przykładowo, gdy już wiemy, że znalazł się w punkcie A, w B, funkcja falowa ulega kolapsowi. Źródło ilustracji
Fascynujące zagadnienie, prawda? Pięknie opisuje je w swojej książce, The Principles of Quantum Mechanics, Paul Dirac, jeden z twórców mechaniki kwantowej.

Na tym właśnie, skądinąd bardzo ciekawym mechanizmie, któremu można poświęcić znacznie więcej miejsca, opiera się większość bredni Chopra et consortes. Otóż twierdzą oni, że większość zjawisk w tym  świecie, jest manifestacją jakiś pól energii, czy tajemniczego eteru, mającego przenikać cały wszechświat i że to my, za pomocą naszej woli, "dokonujemy pomiaru", kreując naszą rzeczywistość.
Mało tego. Możemy sterować tą tajemniczą energią i leczyć ludzi. Jak ma to polegać? Oszołómy lubią używać słów takich jak "kwantowy dotyk", czy tym podobnych, brzmiących dobrze, a nieznaczących nic zestawach słów, a w praktyce, to zwyczajny masaż. Zresztą, co będę się wysilać, oddajmy głos Richardowi Gordonowi, autorowi książki Kwantowe uzdrawianie (rozdz.III, Mechanizm dotyku kwantowego):
 W pozornie nieskomplikowanej funkcji rezonansu kryje się tajemnica i cud. Wszyscy ludzie i wszystkie cząsteczki, od galaktyk, do pyłu subatomowego, tańczą w rytm jego mocy.
Tutaj następuje dość mętny opis działania zjawiska rezonansu mechanicznego. Mówiąc w skrócie, to zjawisko następuje, gdy system drgający, w wyniku działania  jakiejś siły zewnętrznej, bądź innego układu drgającego, osiągnie częstotliwość, która zrówna się z jego częstotliwością drgań własnych. Wówczas system, może zaabsorbować więcej energii.
Taki mechanizm, wystąpił chociażby w Mexico City, w 1985 roku, kiedy częstotliwości drgań wywołane przez odległe trzęsienie ziemi ( ok. 3 rd/s), "dobrały się" z tymi, które posiadały budynki średniej wysokości. W wyniku tego, wiele tych budynków uległo zawaleniu. Sztandarowym przykładem jest również katastrofa mostu Tacoma, w 1940 roku. Wtedy to podmuchy wiatru, wzbudziły niektóre elementy mostu do takich częstotliwości, że uległ on zawaleniu. Ciekawych odsyłam do Podstaw fizyki, Hallidaya, Resnicka i Walkera.
W tych wywodach autora, występują pomniejsze nieścisłości, ale można machnąć na nie ręką, bo niestety pan Gordon nie kończy:
Wydaje się, że ten sam mechanizm, działa w przypadku układów biologicznych. W wielu częściach świata, podczas ciepłych wieczorów, świetliki gromadzące się na drzewie, rozświetlają się na chybił trafił. Po krótkim czasie, wszystkie jednak zaczynają świecić w sposób skoordynowany. Nierzadko zdarzało się, że słyszałem, jak świerszcze, czy żaby znajdują swój wspólny rytm i dopasowują się. (...) Inny przykład, to kobiety, mieszkające jakiś czas razem, których cykl menstruacyjny również ulega zharmonizowaniu. Naukowcy wykazali, że takiemu samemu zjawisku podlegają serca zwierząt trzymanych w tym samym miejscu - zaczynają bić razem.

Podane fakty, z tego, co sprawdziłem, są prawdziwe. Jednak, jak to u szura, znane fakty, są odpowiednio podrasowane
A teraz uwaga, bo mamy zupełny odpał:
Praktycy dotyku kwantowego, uczą się zwiększać wibracje swoich rąk na bardzo wysoką częstotliwość przez techniki oddechowe i medytacyjne. Kiedy kładą swoje dłonie w pobliżu cierpiącej osoby, ciało ich klienta, niczym nastrojony obwód, zaczyna rezonować z rękami uzdrowiciela. Uniwersalną wibracją, pozwalającą na przenoszenie uzdrawiającej energii, jest miłość.
W tym miejscu przerwałem lekturę, popłakałem się ze śmiechu. Tak, najwyraźniej, ręce uzdrawiacza wibrują tak mocno, że chory człowiek wpada z nimi w taki rezonans, że aż wszystkie schorzenia w nim się rozpadają od nadmiaru energii. Nie wiadomo, niby w jaki sposób, ale później mamy fragment, o teorii ciała jako "świętego dźwięku". No niewiarygodne, wystarczy dobry dotyk, by wyleczyć absolutnie wszystko. Niestety, nie ma żadnego dowodu na istnienie jakiegoś "świętego dźwięku", czy eteru, a pan Gordon przytacza tylko liczne anegdotki. Opisuje na przykład, jak wyleczył mężczyznę ciężko chorego na żółtaczkę, któremu lekarze nie dawali żadnych szans. Nie muszę chyba dodać, że nie wspomina o żadnych badaniach ze swoim udziałem, gdzie zastosowano, by metodę podwójnie ślepej próby, czy na większej grupce pacjentów.
 Poza tym, mamy standardowe kocopoły o tym, jak to większość świata nie jest jeszcze gotowa na przyjęcie tej rewolucyjnej koncepcji, wywodzącej się z fizyki kwantowej. Gdzie mechanika kwantowa mówi o tym, że działa na tak makroskopowe obiekty, jakim bez wątpienia jest człowiek, nie mam zielonego pojęcia. Nie wspominając już o tym, że nie wspomina o niczym takim jak "święty dźwięk". W zasadzie w ogóle nie mówi o dźwiękach, bo przypomnę, że dźwięk to po prostu fala mechaniczna, zaburzenie jakiegoś ośrodka materialnego, ciężko mówić o czymś takim na poziomie kwantowym.
Nasz pan Gordon zresztą zdradza, że nie ma pojęcia o w ogóle czym jest metoda naukowa. Pozwólmy temu orłowi intelektu, zaorać się samodzielnie:
Zgodnie z zasadami właściwymi metodzie naukowej, żeby uznać czyjeś istnienie, należy to zmierzyć. Z uwagi na to, że naukowcy nie mają wystarczająco wrażliwych narzędzi badawczych, pozwalających na zmierzenie, czy udowodnienie istnienia siły życiowej, zaprzeczają jej istnieniu.
Możemy także uznać, że jak nie widzieliśmy jednorożców, nie mamy dość precyzyjnych narzędzi, by przebić się przez magiczną iluzję, jaką się otaczają. Bo czemu nie? W końcu, odwołując się do autora, to tak, jakbyśmy zaprzeczali istnieniu kanału telewizyjnego, bo sami nie mamy odbiornika.
Tak, panie nieuku, tak właśnie działa nauka, jeśli nie potrafisz czegoś udowodnić albo zbudować przekonującego modelu to zakładamy, że tego NIE ma. Oczywiście, może być tak, że, nie możemy udowodnić istnienia, jakiejś "siły życiowej", "świętego dźwięku", czy jak tam chcecie nazywać tę waszą tajemniczą energię. Tyle, że nie proponujecie też żadnego wiarygodnego wyjaśnienia, cóż to właściwie za energia, jak powstaje, dlaczego jest niewykrywalna. Nie wiadomo, gdzie by to coś umieścić wśród już udowodnionych oddziaływań fundamentalnych. Dlatego nikt normalny nie traktuje waszej beblaniny poważnie.

A teraz prawdziwa wisienka na torcie. Mianowicie, jeden z tych szurów od "medycyny kwantowej", jest prawdziwym fizykiem. Jak dla mnie stanowi sztandarowy przykład tego, że wydawałoby się inteligentni ludzie, również mogą wygadywać kompletne bzdury.
Ten człowiek, to dr Amit Goswami. Jak prześledziła autorka bloga Będąc młodym fizykiem, kiedyś był jak najbardziej normalnym naukowcem, publikującym prace, za które nie trzeba się wstydzić. Jednak, później, mniej więcej od końca lat osiemdziesiątych, widać odchył w stronę coraz większej szurii. Tę ewolucję można sobie prześledzić na google scholar. Pojawiają się publikacje w jakiś dziwnych pisemkach, dotyczących psi i tak dalej. Zapraszam do lektury tego artykułu. Ja natomiast, zrobiłem coś jeszcze. Mianowicie, przeczytałem jego książkę Lekarz kwantowy. Fizyk kwantowy wyjaśnia, na czym polega uzdrawiająca moc medycyny integralnej.
Nie wiem, czy mam dość siły, by znęcać się nad tym gniotem. By naprostować to, co się tam pojawia, należałoby napisać osobny artykuł. Być może coś skrobnę w przyszłości, ale tutaj wystarczy, że przytoczę parę fragmentów ze wstępu, by wskazać z jakiej jakości ,,dziełem" mamy do czynienia.

Na samym początku, mamy rzecz jasna odwołanie do wypocin Fritjofa Capry. Nic zaskakującego, ale tutaj Goswami powołuje się również na autorytet Johna von Neumanna, wielkiego matematyka(nawiasem mówiąc, fascynująca postać, polecam poczytać):
W roku 1985 doznałem silnego przeczucia, że pomysły matematyka Johna von Neumanna (1955) dotyczące pomiarów kwantowych są czymś istotnym. Von Neumann twierdził, że gdy dokonujemy pomiaru obiektu kwantowego, świadomość zmienia kwantowe fale prawdopodobieństwa przedmiotu w realne zdarzenia. Wydawało mi się, że może to stanowić podstawę nowego integracyjnego paradygmatu naukowego.
Niestety, wciąż byłem przekonany, że wszystko składa się z czą-
stek elementarnych, a idea von Neumanna kłóciła się z moimi materialistycznymi uprzedzeniami. Skoro świadomość składa się z materii
i jest jedynie epifenomenem, czyli wtórnym zjawiskiem będącym pro-
duktem materii, to w jaki sposób może ona oddziaływać na materię?
 Dobrze, zatem bigosujemy. Zacznijmy do tego, że owszem, von Neumann w swojej wydanej w 1955 książce, The Mathematical Foundations of Quantum Mechanics (gdzie, jako pierwszy nadał mechanice kwantowej matematyczne formy, używane do dzisiaj), zajął się problemem pomiaru. Uznał, że już wspominany kolaps funkcji falowej, jest efektem działania "czegoś spoza rachunków", czyli świadomości samego obserwatora. No rewelacja, czyż to nie jest to, co mówi Goswami i Chopra? Ano nie za bardzo.
Otóż, von Neumann (swoją drogą, zadeklarowany ateista i materialista), nigdy nie twierdził, że świadomość jest tworem czegoś innego, niż materii właśnie. Von Neumann nigdy też nie twierdził, że mechanikę kwantową można stosować także na poziomie makroskopowym, co jest oczywiste dla każdego, kto ma jakąkolwiek wiedzę fizyczną. Nie mówiąc już o tym, że jego interpretacja mechaniki kwantowej, nigdy nie zyskała specjalnie szerokiego poparcia wśród fizyków. Zatem mamy odgrzebanie starej hipotezy i nieuprawnione rozciąganie jej na inne obszary oraz nieuzasadnione wnioski.
Potem robi się jeszcze ciekawiej, a pan Goswami popisuje się hańbiącą wręcz dla naukowca, nieznajomością metodologii naukowej. Ujawnia, co go skłoniło, do zajęcia się "kwantowym leczeniem":

Kiedy miałem nieco ponad 20 lat, mój młodszy brat cierpiał na ostry wrzód żołądka. Jeśli zjadł coś choćby lekko pikantnego, dostawał bolesnych skurczy. Spotykaliśmy się w gronie kolegów, aż pewnego razu zaczął odwiedzać nas sadhu (wędrowny, odziany w pomarańczowe szaty asceta – popularny widok w Indiach) i opowiadał nam o sprawach natury duchowej. Była to bardzo miła odskocznia od polityki i ekonomii. Naturalnie, wszyscy jednak byliśmy materialistami i wystawialiśmy (a zwłaszcza mój brat) sadhu na ciężką próbę.
Któregoś dnia nakazał ascecie, by ten zamilkł, chyba że potrafi zademonstrować nam działanie duchowej mocy. Sadhu przez chwilę milczał w skupieniu, po czym cicho zadał bratu pytanie:
– Czy to prawda, że masz wrzód na żołądku? – Mój brat skinął twierdząco głową. W całym pokoju zapanowała cisza i wszyscy patrzyli, jak sadhu łagodnie kładzie rękę na brzuchu mojego brata. Po chwili powiedział:
– Twój wrzód zniknął.
Naturalnie mój brat nie uwierzył. Natychmiast sięgnął po obficie przyprawioną potrawę, lecz ból nie nadszedł. Jego uzdrowienie okazało się prawdziwe.
To wydarzenie wzbudziło we mnie trwające do dziś zainteresowanie tematyką związaną ze zdrowiem i leczeniem. Kolejne trwałe wrażenie zrobiła na mnie homeopatia. Jak powszechnie wiadomo, homeopatię odkryto na Zachodzie, ale w Indiach jest ona o wiele bardziej popularna niż gdziekolwiek indziej. Gdy byłem dzieckiem, w mojej rodzinie spożywano spore ilości ryb. Chcąc nie chcąc, czasami zdarzało się, że w moim gardle utkwiła jakaś ość. W takich wypadkach matka zawsze podawała mi lek homeopatyczny o nazwie Sulfur-30. W ciągu kilku godzin ość opuszczała gardło i znów czułem się dobrze. Jako dziecko
byłem pod wrażeniem działania takich homeopatycznych środków.
Nie wiem, czy mam wierzyć w te historyjki, ale nie wiem, jak to możliwe, że ktokolwiek, mieniący się uczonym, nie słyszał o tym, że dowód anegdotyczny, nie jest żadnym dowodem. Dalej zresztą mamy jeszcze lepiej, Goswami smara jakieś bzdety o tym, jak to są dowody o tym, że homeopatia działa, nawet w przypadku prób podwójnie ślepych. Prawda li to? Ano, nieprawda, nie ma ani jednego badania, które potwierdzałoby skuteczność homeopatii. Konkretów na poparcie tej tezy, oczywiście brak.
Ostatni przykład tych wypocin:
Pragnę ujawnić czytelnikom fundamentalną tajemnicę fizyki kwantowej – powód, dla którego materialistom tak trudno ją zrozumieć.
Kwantowa fizyka również pod wieloma względami przypomina poezję. Zamiast o determinizmie, mówi się tu o niepewności. Zamiast
cząsteczek czy fal, tej czy innej perspektywy fizyki klasycznej, fizyka
kwantowa wprowadza wzajemnie uzupełnianie się – fale istnieją wraz
z cząsteczkami, współistnieje to oraz tamto. Co najważniejsze – fizyka kwantowa wprowadza do świata fizyki świadomość: ważne jest,
kto przygląda się eksperymentowi. Czy wyobrażacie sobie mówienie
o poezji bez mówienia o poecie?
Ten bełkot nawet ciężko skomentować. Po pierwsze, fizyka kwantowa w żaden sposób nie przypomina poezji. Równanie Schroedingera, fundamentalne dla tej teorii fizycznej, jest paskudnym równaniem różniczkowym. Znamy rozwiązanie analityczne, jedynie w kilku, bardzo szczególnych przypadkach.
Poza tym, mówi się o prawdopodobieństwach, nie niepewności. To zasadnicza różnica. I nie, według powszechnie przyjętych reguł, nie wprowadza żadnej świadomości. To nie świadomość powoduje kolaps funkcji falowej, ale u licha, pomiar. Z wyjątkiem może faktycznie interpretacji von Neumanna, która jest dla naszego szurka wyrocznią (pomińmy fakt, że sprawia wrażenie, jakby jej nie rozumiał).
Tutaj przypomnę, co niegdyś powiedział Richard Feynman, wybitny fizyk amerykański:
Jeśli sądzisz, że rozumiesz mechanikę kwantową, to nie rozumiesz mechaniki kwantowej.
Powyższy cytat, doskonale podsumowuje stan umysłu oszołomów od "medycyny integralnej". W przypadku dr. Goswamiego, stawiam tezę, że jest potrzebny psychiatra. Nie jest zresztą jedynym przykładem uczonego, który w pewnym momencie odleciał, lepszym od niego się zdarzało (chociażby, casus Linusa Paulinga i jego obsesji na punkcie witaminy C). Możliwe też, że zwyczajnie poleciał na kasę, wyciąganą od New Age'owej ciemnoty. Nie jest żadną tajemnicą, że rzetelna popularyzacja nauki, nie sprzedaje się tak dobrze, jak tego rodzaju brednie.

Natomiast, poza tym dziwnym przypadkiem, jest to mieszanka zwyczajnej
Zefir cuchnie pseudonauką
ignorancji i zaczadzenia wschodnią mistyką.
Dlatego, tutaj porada dla każdego czytelnika. Jeśli ktoś Cię przekonuje, że rozumie mechanikę kwantową i udowadnia ona ayurwedę, homeopatię, czy podobny bullshit, spytaj go, czy potrafi rozwiązać rozpraszanie cząstek na studni potencjału. Nie jest to jakoś szczególnie złożony problem z tej dziedziny, dlatego, taki człowiek, powinien rozwiązać go od ręki. A jak nawet nie będzie wiedział, o co chodzi, to cóż...
Niestety naiwniaków nie brakuje, a jeśli wpiszemy w wyszukiwarkę "kwantowe uzdrawianie", czy coś podobnego, znajdziemy sporo stron,  oferujących tego rodzaju bzdety (chociażby tu , tu i tu). Nieraz wystarczy zerknąć na cennik, by zakręciło się w głowie. Na domiar złego, można się tam spotkać z namawianiem do zrezygnowania z normalnej terapii, także w walce z rakiem. Co czyni całą tę dziedzinę wyjątkowo obrzydliwą.

A tak na sam koniec, by nie było, że tylko narzekam, postanowiłem polecić kilka książek, rzetelnie popularyzujących tak ciekawą tematykę, jaką jest mechanika kwantowa:
  • George Gamow, Pan Tompkins w krainie czarów - bardzo dobra pozycja, Gamow nie dość, że był świetnym fizykiem, miał jeszcze niewątpliwy talent do nauczania i pisania opowiadań. Niedawno ukazała się nowa wersja, autorstwa Russela Stannarda, bardziej zgodna z aktualną wiedzą. Mam zamiar przeczytać, wtedy zrobię małe porównanie. Jednak, mogę polecić i starą wersję, podstawy nadal aktualne.
  • Leonard Susskind, Teoretyczne minimum. Mechanika kwantowa - dobre, zwięzłe podsumowanie, czego potrzeba, by zajmować się mechaniką kwantową. Jak komuś niestraszne parę wzorów na krzyż, polecam, nawet jeśli humanista. Polecam też stronę Leonarda Susskinda, jak znamy angielski.
  • John Gribbin, W poszukiwaniu kota Schrödingera. Realizm w fizyce kwantowej - Gribbin jest z wykształcenia astrofizykiem, ale to nade wszystko świetny popularyzator. Lekkie pióro, tutaj znajdziemy nie tylko dość przystępne dla laika omówienie teorii kwantów, ale i ciekawe fakty z życia jej twórców.
  • Leon Lederman, Dick Teresi, Boska Cząstka: Jeśli Wszechświat jest odpowiedzią, jak brzmi pytanie? - wybitna książka, autorstwa noblisty. Panorama fizyki od Arystotelesa do teraz, napisana z poczuciem humoru.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz