Strony

Warto zajrzeć (nie tylko o książkach):

środa, 5 września 2018

Kate Elliott Korona Gwiazd; tom I-IV

Długo się zastanawiałem, czy napisać ten tekst. Zazwyczaj bowiem, wolę oceniać cykl już po przeczytaniu całości. Tutaj jednak, mamy do czynienia z całkiem z przyzwoitym fantasy, haniebnie rozgrzebanym przez polskiego wydawcę.

Mowa o cyklu Korona Gwiazd, autorstwa amerykańskiej pisarki Alis Rasmussen, występującej pod literackim pseudonimem Kate Elliott. W Polsce wydawał ją Zysk i S-ka, znane z bardzo długiego odkładania w czasie tłumaczeń (ostatni tom Korony Gwiazd, wydany po polsku, ukazał się w roku 2014, jedenaście lat po wydaniu amerykańskim). Później wydawca w ogóle porzucił dalsze tłumaczenie. Ja nie lubię pozostawiać sprawy niedokończonej, więc zamierzam dokończyć w oryginale i podsumować całość. Jednak, uznałem, że być może jest to dobry moment, by opisać swoje wrażenia po połowie, zwłaszcza, że jest to prawie całość z części przetłumaczonych na język polski. Na razie więc cztery pierwsze tomy, a potem trzy, jeden po polsku, a dwa po angielsku.
To już za mną


Tak oto prezentują się wszystkie części:
  • Królewski Smok (King's Dragon)
  • Książę Psów (Prince of Dogs)
  • Głaz Gorejący (The Burning Stone)
  • Dziecko Płomienia (Child of Flame)
  • Nadciągająca Burza (The Gathering Storm)
  • In the Ruins
  • The Crown of Stars
Oceniam na razie tylko książki do Dziecka Płomienia.


Akcja Korony Gwiazd toczy się w świecie, podobnym do średniowiecznej Europy,  takiej z przełomu X i XI stulecia. Dwór królewski z Wendaru, państwa w którym toczy się większość akcji, przywodzi na myśl, wędrujący dwór Ottonów. Sam Wendar, mocno przypomina średniowieczne Niemcy, również otaczające go państwa, mają swoje odpowiedniki w historii. Mamy na przykład położoną za wysokimi górami, słoneczną Aostę przypominającą Italię, której stolicą jest święte miasto Darre, bardzo podobną do Rzymu. Na Wendar najeżdżają pochodzący z północy Eikowie, którzy w tym uniwersum, nie są ludźmi, ale i tak można ich uznać za swego rodzaju wikingów;) . Natomiast ich siedziby  to skaliste fiordy, odpowiednik Norwegii i Szwecji. Na wschód od Wendaru, mamy Polenię ( w czwartej części, pojawia się nawet, pochodzący stamtąd diuk Boleslas). Jeszcze bardziej na wschód, odnajdziemy Aretuzę, swoją kulturą, bardzo przypominającą Bizancjum.
Tych podobieństw geograficznych i kulturowych do wczesnośredniowiecznej Europy jest jeszcze więcej. Największym z nich, jest dominujący w Wendarze i całej reszcie cywilizowanego świata Kościół Daisanicki, mocno nawiązujący do katolicyzmu. Łącznie z tego rodzaju podobieństwami, że wzorowaną na Cesarstwie Bizantyjskim, Aretuzę, zamieszkują schizmatycy.
Jednak, przedstawiony na kartach Korony Gwiazd Kościół Daisanitów, w jednym aspekcie, znacząco odbiega od rzeczywistego.
Mianowicie, w tej, fantastycznej wersji rzeczywistości, został zdominowany przez kobiety. Mamy tutaj diakonisy, biskupiny, a w świętym mieście Darre, zasiada głowa Kościoła - skoposa. Również w samo pismo opowiada o Apostołach i Apostołkach, zaś Bóg manifestuje się w Dwóch Osobach - Pana i Pani. Momentami ciężko się do tego przyzwyczaić, wydaje się to prostu dziwne. W paru miejscach, autorka wyraźnie przesadza z feminizmem.
Mimo wszystko, tutaj trzeba przyznać, że pani Elliott, doskonale radzi sobie z oddaniem realiów wczesnego średniowiecza, na którym się tak mocno wzorowała, sposobu myślenia żyjących wówczas ludzi. W tego rodzaju książkach, niejednokrotnie można spotkać racjonalistów rodem z XXI wieku, którzy jakimś cudem znaleźli się w takich czasach. Tutaj tego nie ma.
Całkiem nieźle, idzie także wbudowanie elementów fantastycznych, jak wspomniani już Eikowie. Albo legendarni Ashioi, których można uznać za odpowiednik elfów. Nie ma się wrażenia, że te rasy,czy też dziejąca się magia, są tam wrzucone na siłę, wszystko układa się w dość spójny obraz.

Główna para bohaterów, to Liath i Alain. W trzecim i czwartym tomie, coraz większą rolę, odgrywają inni, ale te dwie postacie nadal stanowią tych, którzy mają odegrać kluczową rolę w dalszej akcji.
 I tutaj muszę wytknąć jedną z ważniejszych wad tych książek, mianowicie bardzo nierówną kreację bohaterów.
Alain, jest bardzo irytującą i niestety nudną postacią. Nie potrafi się zdecydować, czego w zasadzie chce. Poza tym, jest wręcz niemożliwie dobry i pokorny, brak mu kompletnie zdrowego rozsądku, nie potrafi rozpoznać oczywistych zagrożeń. Zwłaszcza w czwartej części, jego część opowieści, jest bardzo ciężka w czytaniu i odlatuje w naprawdę dziwne rejony.
Dużo lepsza pod tym względem jest Liath. Również bywa denerwująca, ma problemy z decyzjami, jednak nieraz są one wytłumaczalne. Pozostaje mimo wszystko, silną kobietą z pasją poznania świata. Zdecydowanie nie jest moją ulubioną bohaterką, ale jest całkiem znośna i jej historię da się czytać, nieraz też kibicować bohaterce.
Ogólnie, mam wrażenie, że autorce znacznie lepiej wychodzi kreacja postaci drugoplanowych. Na przykład, wątek Alaina, zwłaszcza w drugim tomie, ratuje hrabia Lavastine. Ten pojawiający się na samym początku całej historii wielmoża, jest jak dla mnie doskonale opisanym, rozsądnym możnowładcą. Uczciwym i hojnym dla wiernych mu ludzi, ale zarazem bardzo pragmatycznym i potrafiącym zachować zimną krew w najgorszych tarapatach.
Podobnie stary Orzeł, Wilkun, czy książę Sanglant, dowódca elitarnych oddziałów Wendaru. Pozostaje się cieszyć, bo w trzecim i czwartym tomie, niektóre wyraźnie poboczne postaci, wybijają się na prowadzenie.

Inną pozytywną cechą powieści jest fakt, że również postacie "złe", rzadko są demoralizowane w każdym aspekcie. Za przykład może tu służyć pewien ksiądz, postać, jak dla mnie wybitnie obrzydliwa. Jednak, trudno mu odmówić uroku i nie podziwiać ciekawości świata, dla której zaspokojenia potrafi nawet złamać prawo.
Inna taka osoba,to kapłanka, władająca magią. Potrafi spokojnie zabić zupełnie niewinną osobę. Jednocześnie jednak, jest przekonana, że postępuje właściwie, a Bóg są właśnie z nią, zaś cel uświęca środki. Nie trzeba chyba też dodawać, że postaci złe, niekoniecznie muszą być także brzydkie z zewnątrz.
Ostatecznie, największa wada tego cyklu, zwłaszcza po dwóch pierwszych tomach. Mianowicie, jest strasznie nadmuchana. Panuje koszmarne wodolejstwo, akcja wlecze się niemiłosiernie, mimo, że wiele wątków można by znacząco skrócić. Mam wrażenie, że pani Elliott chciała tak bardzo zbudować złożoną historię, utkać swój własny gobelin, że momentami się nieco zagubiła.

To przede mną
Za najlepsze, zdecydowanie uważam tomy I-II. Trzeci jest za mocno rozwlekły, natomiast czwarty... Tutaj w ogóle ciężko z oceną. Wątek Alaina niemiłosiernie nudny i rozwlekły. Liath, może nie nudny, ale zwyczajnie dziwny. Mi nawet przypadł do gustu, ale nie każdemu musi. Jednak, widać już, że wydarzenia zdecydowanie nabierają tempa. Niektórzy poboczni bohaterowie, zdecydowanie wychodzą na front i jeśli tak pozostanie, książki tylko na tym zyskają.
Ostatecznie, przyznałbym:
  • Królewski Smok - 7/10
  • Książę Psów - 8/10
  • Głaz Gorejący - 6/10
  • Dziecko Płomienia- 7/10
Z oceną całego cyklu, poczekam, gdy skończę pozostałe trzy książki, jednak na tę chwilę, zdecydowanie zasłużył na mocne 7/10. Oczywiście, istnieją dużo lepsze książki, ale czytanie tego, nie będzie stratą czasu. Mam nadzieję, że ostatnie części tylko poprawią tę ocenę.


To również ;)






2 komentarze:

  1. Bardzo przypadły mi do gustu dwa pierwsze tomy tego cyklu. Trzeci wynudził mnie niemiłosiernie - straszne lanie wody. Mam co prawda wszystko, co w Polsce wydano, ale na razie jakoś nie mogę się przemóc i czytać dalej.

    Natomiast wydawca (znany zresztą z takich posunięć) odwalił konkretną chamówę przerywając cykl po 5 tomie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja z trudem, ale przebrnąłem jakoś przez ten tom III. Ale było ciężko i zniechęceniu się nie dziwię, ja bym pewnie i odpuścił, ale czwarty tom zgarnąłem za śmiesznie niską cenę. Też strasznie rozdmuchany, ale jak już pisałem, ciut lepsze i przynajmniej lepiej widać o co w ogóle chodzi

    OdpowiedzUsuń